Wywiad z okazji przyjazdu do Polski

Bon Jovi w Polsce

Przylecieli do Warszawy na kilka godzin. Głównie po to, by wystąpić w programie telewizyjnym Macieja Orłosia. Ale też po to, by spotkać się z dziennikarzami. Przewiezieni czterema limuzynami z Okęcia do dawnej parowozowni zwanej klubem Lokomotywa w ciemny zaułek zwany ulica Kolejową, właściwie nie widzieli miasta. Już po wywiadzie, którego mi udzielili. Dawid Bryan zapytał zniżonym głosem: Stary, naprawdę jesteśmy w Warszawie? Zapewniłem go, że tak. W centrum miasta? No, właściwie tak – odparłem z niepewną miną. Nigdy już pewnie nie dowiem się. co sobie pomyślał. Zapewne jednak odetchnął z ulgą kiedy znalazł się z powrotem na pokładzie prywatnego samolotu, którym przyleciał z kolegami do Polski…

– Słuchając Crush miałem wrażenie, że zespół jest dziś o wiele silniejszy niż w przeszłości, niż w latach dziewięćdziesiątych…

Tico: Bo tak jest.Z wiekiem wszystko staje się lepsze. A poza tym bardzo przyłożyliśmy się do „Crush”. włożyliśmy w tę płytę duszę, I to się czuje. Kiedy sesja dobiegła końca, popatrzyliśmy po sobie i nie ulegało wątpliwości, że wszyscy czujemy to samo – powstał świetny album. Nigdy wcześniej nie byliśmy tak bardzo zadowoleni z tego, co zrobiliśmy.

– Dlaczego tak długo musieliśmy czekać na Crush

Richie: Tico spał (śmiech). Trzy lata trwało, nim zwlókł się z łóżka (śmiech). A mówiąc poważnie: objechanie świata zabiera sporo czasu. Nasza ostatnia trasa objęła czterdzieści dwa kraje – mnóstwo wyprzedanych do ostatniego miejsca stadionów. A po takim wysiłku trzeba z kolei odpocząć. Rozstaliśmy się na jakiś czas i zajęliśmy się projektami indywidualnymi. Dave napisał coś na Broadway, Tico oczywiście wziął się za malowanie oraz nagrania solowe. Jon zagrał w kilku filmach, chociaż i on znalazł czas na przygotowanie własnego albumu, i tak zleciały dwa lata, nim znowu zebraliśmy się razem i zaczęliśmy tworzyć nowe piosenki. A nim powstała płyta, minął następny rok. Chociaż więc „Crush” dzieli od „These Days” pięć lat – nie próżnowali?my w tym czasie.

– Jon powiedział w Jednym z wywiadów:
Przez lata pracowałem zbyt ciężko, by cieszyć się sukcesami. Tym razem postanowiłem już się tak nie napinać… Czy mam rozumieć, że Crush nagrywaliście na większym luzie niż wcześniejsze płyty?

David: Czy ja wiem, czy na większym luzie? Na pewno pracowali?my w bardziej komfortowej sytuacji niż kiedykolwiek w przeszłości, ponieważ nagrywaliśmy w domowym studiu Jona. A ponieważ wszyscy mieszkamy w pobliżu, nie musieliśmy na czas sesji nigdzie wyjeżdżać… Nagrywaliśmy tę płytę dla samych siebie. Chcieliśmy, by powstał najlepszy album, na jaki nas stać.

– Który moment sesji wspominacie najlepiej?

David: Ta sesja obfitowała w tak wiele wspaniałych chwil…

Richie: Byliśmy w tej szczęśliwej sytuacji, że mogliśmy wybierać spośród wielu utworów napisanych z myślą o tej płycie… W rezultacie praca nie była czymś uciążliwym, a żródłem wielkiej radości. Nagrania to duża zabawa, zresztą i granie na żywo to fajna sprawa. Nie potrafiłbym wskazać, co sprawia mi większą frajdę. Granie w Bon Jovi to źródło ogromnej przyjemności. Bogu dziękować, ze sukces nas nie opuścił…

David: No i, że Tico zwlókł się z łóżka…

Tico: No tak, mogłem przecież wszystko przespać (śmiech).

– Czy co? zaskoczyło was tym razem?

Tico: Chociażby to, ze nie tylko dawni fani, ale też dzieciaki – kolejne już pokolenie – kupują naszą płytę. Że potrafiliśmy odnaleść się w nowych czasach. Bez wątpienia spora w tym zasługa młodego producenta Luke’a Ebbina, który pomógł nam uzyskać bardziej współczesne brzmienie. Ale nie tylko. Mówiliśmy już o tym, że mieliśmy pięć lat na przygotowanie tej płyty. To luksus, na który dawniej nie mogliśmy sobie pozwolić. Rozstać się, zająć własnymi sprawami, a potem wrócić ze wspaniałymi, świeżymi pomysłami – myślę, że właśnie dzięki temu powstał album taki, a nie inny.

– Wiem, że chcieliście, by Crush produkował Bruce Fairbaim. Niestety, Bruce zmart w przededniu sesji. Jak myślicie, czy Jego odejście w jakikolwiek sposób odbiło się na płycie?

Richie: Moim zdaniem jego śmierć nie ma wiele wspólnego z „Crush”. Bruce miał oczywiście ogromny wkład w najpopularniejszą płytę, jaką nagraliśmy jako młody zespól (chodzi o Slippery When Wet – przyp. ww). Jej sukces był w znacznym stopniu jego dziełem. Ale jeśli chodzi o „Crush”… Nawiedził mnie we śnie, kiedy siedzieliśmy w studiu. Pamiętam to bardzo wyraźnie. Staliśmy na brzegu morza. Podszedł i powiedział, że brakuje nam piosenek. Myślę, że…

David: Był w błędzie (śmiech) Richie: No tak. Mówiąc, że nie poradzimy sobie z „CRUSH’, bo brakuje nam piosenek, był w błędzie. Ale był dla nas oczywiście uosobieniem producenta doskonałego. To pod jego okiem powstał album, który uczynił z Bon Jovi gwiazdę. I tego nikt mu nie odbierze.

Tico: Ale wszystko ma swoją logikę. Gdyby nie śmierć Bruce`a, nie spoktalibyśmy Luka Ebbina i nie podążlibyśmy nową ścieżką…

-Nie baliście się powierzyć roli współproducenta komuś tak młodemu i niedoświadzczonemu?

Richie: Poddaliśmy go próbie. Musiał pokazać co potrafi. Zaprezentować paletę barw, którą dysponuje. I przekonał nas, ze stać go na wiele.

David:Rozważaliśmy wiele różnych kandydatur. l wszystkich producentów, których braliśmy pod uwagę, poddaliśmy prostemu testowi: wręczyliśmy im nasze nagranie i powiedzliśmy „Pokażcie, co potraficie z tym zrobić”, I właśnie Luke wyszedł z tej próby zwycięsko. Efekt jego pracy spodobał nam się najbardziej. Daliśmy mu wtedy więcej nagrań, l okazało się, że na każde ma jakiś interesujący pomysł.

Tico: Ale chcę podkreślić: ten zespół jest pełen własnych idei. Natomiast zadanie producenta sprowadza się do tego, by pomógł nam je zrealizować w jak najlepszy sposób, a ewentualnie czasem dodał co? od siebie. Nie moglibyśmy pracować z producentem, który dyktowałby nam corobić. Niektóre zespoły akceptują takie reguły gry.My nie. Uważamy, ze gdybyśmy poszli na coś takiego, nasza muzyka przestałaby być szczera.

– Jak narodził się pomysł wykorzystania w takich utworach, jak :Thank You For Loving Me, Save The World czy The Next 100 Years, brzmienia orkiestry?

Jon: Wykorzystywali?my już brzmienia orkiestrowe w niektórych balladowych utwora w przeszłości, i tym razem zrobiliśmy to samo.A właściwie tylko w „The Next 100 Years” spróbowaliśmy czegoś wykraczającego poza schemat. W tym wypadku partia orkiestry miała rzeczywiście wzmocnić utwór. Zwykle pojawia się po prostu w miejsce partii klawiszy. Jedyna różnica polega na tym, że orkiestra brzmi lepiej, l zdarzało nam się przepłacać, żeby mieć orkiestrę w nagraniu (śmiech). Ale dopiero w utworze „The Next 100 Years” wprowadziliśmy orkiestrę w taki sposób, że piosenka rzeczywiście uległa wzbogaceniu. Zasadniczo nie mam nic przeciwko użyciu brzmień orkiestrowych w nagraniach…

– Nie stosowaliście dotychczas w nagraniach loopów perkusyjnych…

Tico: Jon wprowadził loopy na płycie „Destination Anywhere”…

– No tak, ale chodziło mi o albumy zespołu.

Tico: Także w tej kwestii bardzo pomocny okazał się Lukę Ebbin. Wiesz, interesujące jest nie samo użycie loopów perkusyjnych, ale fakt, że możesz je sobie stworzyć. Poza tym warto podkreślić, że my w przeciwieństwie do tych wszystkich, którzy wprowadzają loopy perkusyjne zamiast partii perkusji, zastosowaliśmy je jedynie jako dodatek.

Jon: Właśnie, podstawą pozostały prawdziwe bębny, a loopy to tylko przyprawa…

– Jon, powiedziałeś w jakimś wywiadzie:
Nadal najchętniej słucham tych samych twórców, których zawsze uwielbiałem, jak Bob Dylan, Tom Waits, Bruce Springsteen czy Tom Petty. Lubię, kiedy piosenka opowiada jakąś historię. Jak myślisz, który z utworów na Crush opowiada najciekawszą historię?

Jon: O, mógłbym wskazać wiele z nich. Najlepsza fikcyjna historia to chyba „Captain Crash & Beauty Queen from Mars”. A osobista -jeśli nie „lt’s My Ufe”, to „Mystery Train”. To, moim zdaniem, całkiem przyjemne opowieści. Albo „l Got The Girl” – też bardzo osobista rzecz. Chętnie zrobiłbym z nich wszystkich filmy. „Captain Crash” to moim zdaniem niemal gotowy scenariusz. Gdy czytam tekst, mam przed oczami chłopaka, który Idzie ulicą…

– Jak powstała ta piosenka?

Jon: To jedna z tych rzeczy, które napisał Richie, gdy byłem zajęty graniem w filmie „U-571”. Wiesz, ponieważ doskonale rozumiemy się jako twórcy, nie było obawy, ze postuka się w czoło, gdy wyskoczę z takim tytułem. Gdyby nie to, że rozumiemy się bez słów, jestem pewien, że kiedy zaproponowałbym: „Hej, napiszmy kawałek, który będzie się nazywał „Captain Crash And The Beauty Queen From Mars”, zapytałby: „O czym do diabla ten gość gada?”. A tak Richie podchwycił to natychmiast. Zabrało nam co prawda dwa dni – długo jak na nas – nim wymyśliliśmy wszystkie postaci i je sobie scharakteryzowaliśmy. Ale potem Richie nie miał już problemu z ukończeniem tekstu. To opowieść zainspirowana przez osoby, które znamy, ale w ostatecznej wersji całkowicie fikcyjna.

– A która z piosenek na Crush jest tą najbardziej osobistą?

Jon: To zależy od punktu widzenia. Mogłoby to być „lt’s My Life”. To tak jak Frank Sinatra śpiewający „My Way” – masz wrażenie, że opowiada o swojej karierze aktorskiej i estradowej. Chociaż „lt’s my Life” to zarazem piosenka o wymowie tak uniwersalnej, że niemiecka drużyna piłkarska mogła ją śpiewać podczas mistrzostw świata, a Los Angeles Lakers uczynić swoim hymnem. „lt’s My Life” staje się sportowym hymnem! Chociaż pisałem ten kawałek jako rzecz o mnie. Mogłoby to też być „I Got The Girl” – utwór o mojej córce. Albo „Mystery Train” – piosenka o mojej żonie. Ale też rzeczy o wymowie ogólniejszej, chociażby „Next 100 Years”…

Tico: Zapomniałeś o „Just Older”.

Jon: O tak. To także bardzo osobisty kawałek, napisany w pierwszej osobie, o tym, że nie czuję się wcale stary, a jedynie starszy bardziej doświadczony, bardziej pewny siebie. W tym utworze, w drugiej zwrotce, zwracam się do Richiego – wyrażam swą radość z tego, że porzucił Kalifornię i wrócił do Jersey. Jak więc widzisz, wszystkie te piosenki są bardzo osobiste.

– Na Crush pojawity się tematy, których nigdy wcześniej nie podejmowaliście. Na przykład l Got Tnę Girl, to jak powiedziałeś przy jakiejś okazji, utwór zrodzony ze złości ojca. Czy mógłbyś wyjaśnić, o co chodzi?

– Wiesz, każdy, kto wychowuje dzieci, musi liczyć się z tym, ze pewnego dnia zjawi się ktoś, kto odbierze mu córkę. Będąc facetem, który odebrał komuś córkę, dziś doskonale zdaję sobie sprawę z tego, co czul jej ojciec. Wiesz, długowłosy rock’n’rollowlec staje w twoich drzwiach, a ty pytasz sam siebie: „Czym sobie zasłużyłem na coś takiego?” (śmiech). No i niedługo coś takiego może przydarzyć się mi.

– Która z piosenek kiedykolwiek napisaych przez Bon Jovi opowiada twoim zdaniem najciekawsza, historię?

– Chyba „Wanted Dead Or Alive”.

– Dlaczego uważasz, że właśnie ta?

– Jest w niej cale nasze życie. Pobudka w Londynie, cztery godziny w Warszawie i jeszcze tego samego dnia wyprawa do Kolonii – i tam robota do póżnych godzin nocnych (w tym zdaniu Jon opisał oczywiście, co robił wraz z kolegami 9 grudnia 2000 roku – przyp, ww). Życie w trasie. Gdy ja pisaliśmy, naszym stalowym rumakiem byt jeszcze autokar. Dziś na szczęście jest nim duży samolot (śmiech). Przesiedliśmy się na innego konia. Ale tak własnie wygląda nasze życie od dwudziestu lat.

– A która, piosenkę z wszystkich, Jakie powstały, byś wyróżnił jako najciekawsza opowieść?

Jon: Nie mam pojęcia. Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie.

– Nie ma takiej piosenki w dorobku Boba Dylana czy Bruce’a Springsteena?

Jon: Wiesz, wiele piosenek wywołuje w moim umyśle wspaniałe obrazy. Tom Walts zabiera mnie w niezwykle podróże. Także Bryce Springsteen – to nie ulega wątpliwo?ci. Ale i Paul Simon ma tę moc. Jest wiele piosenek, które opowiadają wspaniale historie.

– Wiem, że Matthew McConaughey, z którym spotkałe? się na planie filmu U-571, przystał ci tuż przed ukazaniem się Crush niezwykły prezent – pomarańczowe krzesło…

Jon: Przysłał mi je na Gwiazdkę rok temu.

– Co znaczył ten prezent?

Jon: To długa historia. Na ostatniej trasie w Europie nasze koncerty otwierała grupa Van Halen, która tutaj cieszy się zdecydowanie mniejszą popularnoącią niż w Stanach. W Ameryce Van Halen to niemal instytucja, i przykro im było, że muszą zadowolić się rolą zespołu rozgrzewającego. W dodatku nie mieli najlepszego przyjęcia. Wiesz, z ich wieloletnim doświadczeniem taka wyprawa do Europy to upokorzenie, Alex Van Halen przez cały czas narzekał i marudził, zaczepiłem go więc: „Pewnie myślisz, że my możemy być spokojni, iż wszędzie, gdzie się pojawiamy, zjawi się pięćdziesiąt, sześćdziesiąt, a może nawet siedemdziesiąt pięć tysięcy ludzi i będzie świetnie”. Na to on:
„Jasne, że tak”. No to ja: „Pozwól, że ci coś opowiem. Czy wiesz, jaki kolor mają krzesła na stadionie w Knoxville, Tennessee?” On: „Nie, a co mnie to obchodzi” Ja: „Są pomarańczowe”. On: „Skąd wiesz?” Ja: „Bo gdy tam graliśmy,wszystkie byty puste. Dlatego wiem, co to znaczy grać do pustych krzeseł, i przyjmę z pokorą, je?li zdarzy mi się to znowu”. Opowiedziałem tę historię młodym aktorom, którzy grali marynarzy w filmie „U 571”. Wiesz, po trzech tygodniach kręcenia filmu gdzieś na morzu, w deszczu, który leje bez przerwy, zaczynasz marudzić. Wszyscy ci młodzi aktorzy mieli tego dość – narzekali, na co się dało. Opowiedziałem im wtedy tę historie, aby zdali sobie sprawę, iż powinni raczej cieszyć się, że dostali tę robotę, bo wielu młodych aktorów dałoby się pokrajać, by znaleść się na ich miejscu. Zachowałem się jak jakiś weteran. Matthew McConaughey również usłyszat tę historię, l od tej pory był cichy i pokorny. A na święta przysłał mi pomarańczowe krzesło, na jakich siedzi się na stadionach, z napisem: „Niech szlag trafi pomarańczowe krzesła. Dzięki za życiowa lekcję”.

– Jakim wspomnieniem Jest dla ciebie tamten koncert w Knoxville? Czy myślisz o nim z nienawiścią??

Jon: Nie, nie. Żadnej nienawiści. Wiesz, był taki moment w latach dziewięćdziesiątych, że w różnych miejscach nie sprzedawaliśmy się najlepiej. Chociażby w takim Knoxville, które nie jest nawet Nashvllle, nie jest Chicago czy Nowym Jorkiem. Takie doświadczenia uczą cię pokory. Wiesz, nie każdy zespół miał to szczęście, ze podpisał kontrakt płytowy. A jak niewiele grup na świecie może powiedzieć, że odniosło sukces, jaki stal się naszym udziałem! Jesteśmy przecież w stanie niemal wszędzie na świecie wypełnić stadiony! Ale nikt nie powinien oczekiwać, że gdzie tylko się zjawi, stadion będzie pełen. Każdy sukces trzeba umieć docenić.

– Jon powiedział kiedy?: Naprawdę szanuję Franka Sinatrę. Facet zrobił sześćdziesiąt filmów i koncertował do osiemdziesiątego roku życia – nie dlatego, że potrzebował pieniędzy, a ponieważ pragnął do końca rozwijać się jako artysta. Co sprawia, ze wy, po dwudziestu latach grania, ciągle odczuwacie potrzebę artystycznych poszukiwań?

Tico: Kreatywność… Coś, co siedzi w człowieku gdzie? w środku i każe mu sięgać po instrument, pędzel czy – w wypadku pisarza – pióro… Coś, co odkrywa się w sobie, kiedy jest się jeszcze dzieciakiem. To cudowny dar, jeśli możesz tworzyć do końca swoich dni. Wspaniały sposób na życie.

– Czy nigdy nie musieliście zmagać się z samymi sobą, by muzyka, którą tworzycie, nie przestała być czymś ekscytującym?

Jon: Nie nazwałbym tego walka, zmaganiami. Pisze się dużo, a następnie wybiera rzeczy, które twoim zdaniem najlepiej będą się nadawać na początek, środek i koniec płyty. A jeśli możesz wybierać spośród sześćdziesięciu piosenek, jak było w naszej sytuacji podczas pracy nad „Crush”, to wcale nie znaczy, że czterdzieści osiem kawałków, które ostatecznie nie weszły na płytę, to rzeczy złe. Utwór może odpaść na przykład dlatego, że za bardzo przypomina coś, co trafiło na album. Natomiast sposobem na to, by muzyka nie przestała być czymś ekscytującym, jest po prostu odwaga eksperymentowania. Nie wolno bać się próbować różnych rzeczy. Jeśli wyjdzie coś fajnego – w porządku. Jeśli nie wyjdzie – trudno. Na tym polega cały ten proces. Nie wszystko, co się zrobi, musi od razu walić w głowę. Musi w tym też być artyzm.

– Jon, na samym początku kariery powiedziałeś: Rock’n’rollowi zawdzięczałem zawsze marzenie o czymś większym i wspanialszym. Dlatego chcę dawać ludziom uśmiech. Jeśli nie ma w tobie optymizmu, umierasz. Czy podpisałbyś się pod tymi stawami dzisiaj?

Jon: To bardzo dojrzale credo jak na dzieciaka, czyż nie?

Richie: Masz rację.

Jon: Naprawdę powiedziałem coś takiego?

– Owszem.

Richie: Oto prezydent świata! (śmiech)

Jon: Wiesz, to są słowa, którym warto dochować wierności. Człowiek musi mieć w sobie optymizm, wiarę, nadzieję. Chryste! Cóż znaczyłoby życie bez tego?

– Wyznałeś kiedyś, że Brian May nauczył cię cieszyć się każdym dniem. Powiedziałe?: Dziś żyję chwilą – raduję się każdą sekundą życia. Czy mógłbyś jednak na zakończenie naszej rozmowy powiedzieć, które ze zdarzeń z dotychczasowej kariery było przeżyciem wyjątkowym, najbardziej ekscytującym?

Jon: Nie potrafię. W moim życiu dzieje się tyle wspaniałych rzeczy! A i niepowodzenia są przecież dobrymi doświadczeniami, i jeśli mam wyznać, co w naszej karierze podoba mi się najbardziej, powiem, że długotrwałość. Nawet bowiem najwspanialszy album czy najwspanialszy koncert szybko staje się przeszłością. To chwila, która przemija.Zanim się nią nacieszysz, już jej nie ma.

– A Jak ty to widzisz Richie?

Richie: Dokładnie tak samo. Mieliśmy dużo szczęścia, że udało nam się zdobyć pozycję, którą mamy dziś. Oczywiście ciężko na nią pracowaliśmy. Ale dziś staramy się czerpać z tego, co osiągnęliśmy, tyle radości, ile tylko się da.

ROZMAWIAŁ: WIESŁAW WEISS

Agata Matuszewska

bratnia dusza bonjovi.pl aktywna nieprzerwanie od 2003 roku, redaktorka serwisu od 2005 roku; fotograf z zawodu i zamiłowania; sztucznie ruda na głowie, w sercu ruda naturalnie; miłośniczka muzyki, astronautyki, psów i podróży. zagorzała fanka gier komputerowych i wszystkiego co geek kochać może!

Może Ci się również spodobać...