Wywiad Richiego dla magazynu Vintage Guitar

Jako gitarzysta, drugi gitarzysta i główny kompozytor, Richie Sambora doszlifował do perfekcji swój styl komponowania piosenek. Jego doświadczenie z Bon Jovi oraz karierze solowej dało okazję do tego, aby sam zapoznał się z różnorodnością dźwięków i zaprezentował niektóre z najlepszych muzycznych instrumentów, wzmacniaczy i efektów dostępnych w nowoczesnym i wysłużonych już światach.

Przez ostatnie 15 lat, Sambora zbudował imponującą kolekcję, który nie tylko podziwia, ale przede wszystkim używa. Podczas gdy nie jest w stanie zabrać ze sobą swoich ulubionych vinatage’owych instrumentów w trasę, używa ich w studio, a jego “zestaw podróżny” zawiera imponującą ilość niesamowitych gitar. Tak naprawdę Sambora określa sam siebie jako totalnego „gitarowego ekscentryka”.
“Jesteśmy rasą pokręconych ludzi, ale wszyscy mogliśmy mieć gorsze nałogi” – wyznaje. Jako posiadacz budzącego grozę asortymentu Les Pauli, Stratów, Telecasterów oraz tweedowych wzmacniaczy Fender, Sambora nieustannie poluje na gitary i wzmacniacze, które będzie mógł dodać do swojej menażerii. “Mam w tej chwili tony świetnego vaintage’owego sprzętu, gitar i wzmacniaczy”, dodaje dumnie, ale wiedząc, że złapał poważny przypadek “syndromu sprzętowej akwizycji” – “gear acquisition syndrome” (GAS). W przeciwieństwie do zwykłych kolekcjonerów, którzy umieszczają instrumenty za szkłem, Sambora gra na wszystkim, co posiada.

“Całkiem fajnie jest mieć cały ten sprzęt w ręku. Jedynym minusem jest jednak to, że zaczęło to wszystko zajmować zbyt dużo miejsca.” – mówi. Lecz zaraz dodaje, “Ale nigdy nie usłyszysz, żebym z tego powodu narzekał!”

Vintage Magazine spotał się z Samborą podczas jego przygotowań do ogólnoświatowej trasy koncertowej Bon Jovi, która rozpoczynała się serią wyprzedanych koncertów w Japonii i Europie, przed “uderzeniem” zespołu w Stany Zjednoczone. Dyskusja obejmowała m.in. wskrzeszenie Bon Jovi oraz drogę, jaką Richie wraz z zespołem przebył przy produkcji nowego albumu, Crush, jak również jego zaufaniu do gitar i wzmacniaczy vintage (oraz nowego sprzętu ze stajni takich firm jak Fender, Marshall oraz Vox) podczas produkcji każdego z numerów z płyty.

Richie podzielił się również swoimi refleksjami na temat muzycznych korzeni, omawiając ewolucję swojego stylu grania na gitarze i komponowania. Dał też pomocne rady dla tych, którzy chcą stworzyć swój własny styl gry.

Vintage Guitar: Jak zmieniała się twoja droga gry na instrumencie od początków Bon Jovi w latach 80-tych?
Richie Sambora:Sądzę, że była to bardzo organiczna droga. Wewnątrz stylu zespołu, posiadałem totalnie własny styl i uzyskiwałem własny głos. Jedną z najtrudniejszych rzeczy do wykonania przez zespół, było w sumie poznanie kim są statystycznie i odnalezienie tego głosu. Jako instrumentalista i gitarzysta w tym zespole, odnajdywanie mojego głosu było częścią uzyskiwania mojego stylu, który jest zasadniczo jak organiczny rodzaj nowoczesnego R&B/rocka i roll fusion.

Czy doszło do tej ewolucji naturalnym sposobem, czy może był to bardziej zamierzony wysiłek?
Działo się to poprzez życie zespołu i moją solową pracę, jak również poprzez różne doświadczenia w muzycznym biznesie, co jako muzyk doprowadziło mnie muzycznie do tego miejsca. Chiciaż nie sądzę, żeby cokolwiek było nieświadomego w mojej pracy. Dobrze bawiłem się ewoluowaniem mojego stylu poprzez wdrażanie różnych innych instrumentów.

Jestem typem faceta, który poważnie nakręca się poprzez nowe rzeczy. W przeszłości, grałem dużo więcej na gitarach Dobro mimo, że chociaż świadomie nie podjąłem próby wykorzystania tego instrumentu na tej nowej płycie, ponieważ nie wydawało się, by pasował on w jakimkolwiek miejscu. Ale za to, na tym albumie gram dużo więcej slidem. Oczywiście, ewoluowało również moje brzmienie. Kiedy spojrzysz wstecz na albumy takie jak Slippery When Wet czy New Jersey, używałem wówczas dwóch gitar o dwóch różnych brzmieniach, oprócz akustyka. Ale na tej nowej płycie paleta staje się dużo szersza. Z powodu wielkości mojej kolekcji starych gitar, jestem w stanie włożyć więcej barw w piosenki.

Traktuję piosenki jak muzyczne obrazy, i dobieram różne gitary, wzmacniacze, efektów, które tworzą cały odcień. Tak więc bardzo lubię patrzeć na to tak, jakbym malował obraz bardzo różnymi kolorami, kiedy gram na różnych gitarach i wzmacniaczach.

Jak twoja interpretacja świetnego brzmienia gitary ewoluowała w ciągu tego okresu?
Jako muzyk, zawsze lubiłem dodawać emocjonalnie to, co jest potrzebne do piosenek. Widzę piosenki na poziomie kinematograficznym, więc staram się dodać właściwy ton, by wydobyć emocje. Na przykład, w piosence “It’s My Life,” dźwięki są wśród najcięższych, jakie kiedykolwiek wydobyłem. Chciałem, żeby ludzie reagowali zaraz po usłyszeniu pierwszego dźwięku. To jest kombinacja mojego Gibsona Les Paul z lat ’60 podwojonego przez głowę nowego 100-watowego Marshal’a JCM 2000 Dual Super Lead head oraz głowę Mesa/Boogie Rectifier przez kolumny 4×12 i talk box”.

Jakiego typu Talk Box’a używasz?
Na płytach, jednego z wykonanych metodą domową. Był zbudowany pod naciskiem tras koncertowych z bardzo ciężkim driverem głośnikowym. Zapomniałem, co to jest ale prawie rozbijało mi zęby na scenie (śmiech)! Peter Frampton pożyczył mi jeden ze swoich ponieważ ja swój rozwaliłem. Zbudował on swoje własne efekty i jest z tego powodu bardzo dumny. Tak więc odtąd gram na scenie razem z jego nowym produktem i przyznaję, że bardzo mi się on podoba.

Jak wiele zespołów używa obecnie talk box’ów?
Niezbyt wiele. Chyba Foo Fighters używali tego na swojej ostatniej płycie, jako tonu podkładowego, nie tak rozwarcie jak ja to czynię na mojej płycie.

To bardzo interesujący instrument. Próbuję go używać odrobinę więcej, ponieważ zawsze sądziłem, że jest cool. I poza tym stał się pewną sygnaturą dla mnie od czasu gdy “Livin’ On A Prayer” stał się hitem. Sęk w tym, że kiedy wprowadziłem talk box, nie sądzę żeby było go słychać wcześniej przez jakieś 10 – 15 lat, chyba że w klasycznym radio. Ale kiedy zacząłem wdrażać go wśród wszystkich w kapeli, zaczęli się ze mnie śmiać, jakbym był jakimś idiotą. Lecz kiedy pracuje w tej chwili, staje się integralną częścią prawdziwej piosenki – hitu. Konsekwentnie, kilkakrotnie jeszcze próbowałem włączać go do piosenek, ale po prostu to nie zdawało egzaminu. Z jakiegoś powodu, czasami to działa, a czasami po prostu brzmi idiotycznie. Ale w tym konkretnym numerze powoduje potężnie mocne brzmienie.

Kto zainspirował Cię do używania talk box?
Kiedy byłem nastolatkiem, „Frampton Comes Alive” była niesamowicie ogromną płytą. Podobała mi się, ponieważ była płytą koncertową, a ja uwielbiałem oglądać kapele na żywo. Joe Walsh również używał niesamowicie tego efektu. To byli główni goście.

Którzy gitarzyści wpłynęli na twoje własne brzmienie i wybór sprzętu?
Ludzie tacy jak Eric Clapton, Jeff Beck, Jimi Hendrix, Jimmy Page, Joe Perry, Johnny Winter, the Allman Brothers, I wszyscy nowocześnie grający blues’owi gitarzyści. Kiedy po raz pierwszy usłyszałem Cream i Hendrix’a, naprawdę przyciągnęli moją uwagę. Potem odrobinę się cofnąłem i zacząłem słuchać Alberta Kinga, B.B. Kinga, Alberta Collins’a i Huberta Sumlina. Następnie poszedłem nawet dalej do Muddy Watersa a stamtąd wróciłem do Charley Pattona i Reverenda Gary Davisa. Cofnąłem się, by potem pójść do przodu. Jako soliści, nowocześni muzycy blues’owi byli tymi, którzy naprawdę na mnie wywarli wpływ. Ale ze strony aranżacyjnej, pod względem tworzenia części i struktur byli to the Beatles and George Martin. Z całym tym sprzętem, na którym grałem z Bon Jovi hity, nie chodziło o wydobycie i wyeksponowanie solówek, ale aby grać na sprzęcie, który jest melodyjny i godny zapamiętania. Tak więc solówki były bardziej jak melodyjne przerwy. Mogę sobie je prawie wyobrazić grane również przez inne instrumenty lub orkiestrę. Więc są one bardziej nakierowane na melodię i melodyjność niż na solo. Kiedy grałem sesje w studio, ćwiczyłem aby grać to, co było właściwe dla specyficznej części materiału. Wprowadziłem to doświadczenie do Bon Jovi. Wówczas stając się jednym z głównych kompozytorów w kapeli, chciałem ujrzeć właściwą rzecz umieszczoną we właściwym numerze i poczułem mniejszą potrzebę bycia gitarowym „wymiataczem”. Miałem wystarczająco dużo do roboty z materiałem, nie tylko jako kompozytor i artysta, ale również wielokrotnie jako aranżer części tej muzyki. Tak więc poczułem, że miałem wystarczający nawał tego, dlatego nie musiałem robić dużo więcej z grą na gitarze, ponad to, co było potrzebne. Mogłem po prostu pozwolić temu przyjść i być granym, co było bardziej słuszne i stosowne dla osiągnięcia „dobrego kawałka muzyki”.

Opowiedz o procesie pisania piosenek na płytę „Crush”. W jaki sposób piosenki stały się całością? Czy wcześniej robiłeś ich demo, przed udaniem się na nagranie płyty?
Kiedy spotkaliśmy się z Jon’em by omówić to, chcieliśmy zrobić optymistyczną, rock and rollową płytę, z dobrymi piosenkami, które ludzie będą chcieli usłyszeć i zobaczyć podczas występów na żywo. Napisaliśmy 60 piosenek – najbardziej absurdalną liczbę, jaką kiedykolwiek napisaliśmy na płytę – i zarejestrowaliśmy je w postaci demo. Mieliśmy na to czas z wielu różnych powodów. Jon przyszedł z 30 kawałkami, ponieważ nie był pewien, czy będzie nagrywał swoją płytę solo. Właśnie ukończył krótką solową trasę i ponownie zaczął pisać, ale nie był za bardzo pewien, co zamierza z tym robić.

Kiedy wrócił, ja byłem w trasie. Kiedy z kolei ja wróciłem, zdecydowaliśmy zebrać kapelę znowu razem. Wówczas napisaliśmy kolejne 30 piosenek i wybraliśmy te, które najbardziej pasują do zespołu. I sądzę, że było to najfajniejszą sprawą jeśli chodzi o tą płytę. Sądzę, że jest to jedna z naszych najlepszych płyt, jakie nagraliśmy kiedykolwiek jako zespół, ponieważ materiał bardzo do nas pasuje i możemy stanąć za każdą z tych piosenek pod względem tekstowym.

Jak podszedłeś do nagrania od strony produkcyjnej?
Zrobiliśmy sporo interesujących i nowych rzeczy na „Crush”. Razem z Jonem kończyliśmy płytę z Lukiem Ebbin’em, który jest fenomenalny i sądzę, że w przyszłości będzie wielką gwiazdą. Wniósł mnóstwo nowych pomysłów. Narywaliśmy na programie Pro Tools, który jest wielką pomocą, użyliśmy sporo loop’ów prekusyjnych i nagrywaliśmy z 56-osobową orkiestrą. Wszystko razem wyszło bardzo dobrze.

Zawsze jestem człowiekiem osobiście zaangażowanym, ale na tej płycie razem z Jonem przyglądaliśmy się jak niemowlaki. Nie byliśmy wymieniani jako producenci na Slippery When Wet czy New Jersey, ale zawsze byliśmy zaangażowani w produkcję, jak to miało brzmieć i jak piosenki były zaaranżowane. Nikt nie mówił mi co mam grać. Wtedy pracowaliśmy z kilkoma wielkimi ludźmi, jak Bruce Fairbairn, Bob Rock, Don Was, Neal Dorfsman. Zawsze pracowałem ze świetnymi ludźmi i zawsze byłem częścią zespołu produkcyjnego wraz z nimi. Podczas podstaw i samego nagrywania zawsze stałem za konsolą, obserwując jak wszyscy robią wszystko. To poniekąd przyczyniło się do tego, że nauczyłem się wiele o nagrywaniu i produkowaniu – poprzez wykonywanie części produkcji samemu, nie tylko będąc muzykiem.

Kiedy piszesz partie gitar, czy jesteś świadomy tworzenia części, które potem musisz odtworzyć na żywo i podczas śpiewania?
Nie. Po prostu pozwalam, żeby to ze mnie wychodziło. Potem muszę się nauczyć, jak robić to wszystko później. Należy grać to, co jest właściwe dla piosenki, a nie dla ciebie. W ten sposób dorasta muzyk, i to jest to, co przytrafiało mi się przez lata. Stylistycznie dorosłem, właśnie z powodu doświadczeń w muzycznym biznesie. Nakierowało mnie to na właściwy tor particular path.
Pracując z Don’em Was’em i różymi muzykami ustawiło mnie to na inny tor. Poza tym, praca z różnymi kompozytorami, jak Richie Supa, jest częścią kształcącego doświadczenia. Dwa lata wcześniej nagrałem jeden z tych świątecznych albumów Steve Vai’a, który był bardzo dziwaczny. Nagrałem bardzo prostą rzecz na Dobro, wraz z Don’em Was’em na basie, i nagrywaliśmy wersję “O Come All Ye Faithful”, która sądzę że stała jak matka! Więc w tym okresie ukończyłem nagrania albumu gospel z Donem i granie na tych rzeczach. Był to tak szeroki zakres projektów, jak tylko sięga moja stylistyczna różnorodność. Sądzę, że stałem się nie tylko gitarzystą grającym stylistcznie, elektronicznie, ale również gitzrystą utilitarystycznym, ponieważ w tym, co robi Bon Jovi jest zróżnicowany zakres stylów, które uzupełniam używając wszystkich tych vintage’owych intrumentów, które są teraz dużą częścią głębi [mojej] dźwiękowej palety.

W jaki sposób wszystkie te instrumenty zwracają twoją uwagę do grania i komponowania?
Oczywiste jest, że możliwości, jakie można wydobyć z grania oraz jakości dźwiękowe różnych instrumentów, zmieniają rzeczy. Jeżeli zamierzam użyć pięknych Gibsonów Les Paul, jak na przykład te z roku 19601959, które posiadam, inspiruje mnie to do grania w pewien sposób i będzie to działało najlepiej, kiedy wydobędę z nich zdecydowane, pewne dźwięki i atak. Ale jeżeli użyję mojego Broadcastera z ’50 roku, zamierzam podążyć totalnie inną drogą. Les Paul brzmi delikatniej, ciężej i będzie miał więcej “dołu”, ale Broadcaster będzie miał całą tą „zadziorność” i będzie kąsać. Wtedy dojdzie do tego wszystkiego Stratocaster, aby osiągnąć całą tą fazę, której chcę…więc będzie cię prowadzić tak, aby zagrać totalnie inaczej i używać tam, gdzie pasuje najlepiej.

Na tej płycie „Crush” sporo używam wszystkiego, co posiadam – całą “bandę” Gretsch’ów, Telecasterów, starych Stratów, Les Paul’e. Używam kilku gitar Danelectro, trochę Telecasterów Bajo-Sexto, które wykonał dla mnie Custom Shop Fendera, trochę elektrycznych sitarów i wszystkich rodzajów zwyczajnego i niezwyczajnego sprzętu. Poza tym używam tu stada wzmacniaczy. Po prostu używam wszystkiego i mam prawdziwego wykopa!

Była tam jakaś specjalna, fundamentalna grupa gitar, wzmacniaczy i efektów, których używałeś podczas nagrywania partii rytmicznych i solowych?
Nie używałem zbyt wielu efektów i starałem się nie używać tego samego instrumentu w każdej piosence nawet, kiedy używałem gitar z tej samej rodziny Telecasterów. Starałem się używać różnych, jak np. Broadcaster z ’50 roku oraz B-Bender Tele Jay Black, zrobiony dla mnie przez Custom Shop Fendera, lub używałem Strata z ’58 roku, którego dostałem w “Norm’s Rare Guitars”, oraz do pary do tego modelu dobrałem nowego Strata Richie Sambora Signature Series. Dobierałem do pary wiele gitar do każdego utworu. Posiadam bardzo cichy przełącznik wzmacniaczy, dlatego używałem całych ton różnych wzmacniaczy. Mam w kolekcji wiele starych Fenderów Tweed, a mój ulubiony pochodzi z 1959 roku i zwie się Super Twin. Posiada on czystą barwę, która potrafi głośno „warczeć”. Mam też Super z ’53 oraz Bassman z ‘58. Poza tym mam wzmacniacz firmy SELMER na 2 12’ głośnikach oraz całą bandę starych VOX’ów AC-30AC-15 z lat ’60-tych, wraz z nowiutkim AC-30, którego częstokroć używałem na tej płycie. Używałem również trochę wzmacniaczy Mesa/Boogie oraz Marshall JCM 2000 DSL 100 head, który odegrał ogromną rolę na tej płycie. Poza tym używam go również podczas występów na żywo. Naprawdę kocham ten wzmacniacz. Wkręciło mnie w niego, kiedy poszedłem obejrzeć koncert Jeff’a Beck’a. Poza tym również używałem wzmacniacza VHT model Pitbull, który był mi nieodłącznym towarzyszem przy prawie każdej płycie, jaką nagrałem w ciągu ostatnich 10 lat. On zawsze znajdzie swoją drogę by dostać się na moją płytę. Mam również parę wzmacniaczy wykonanych dla mnie przez Howarda Dumble’a, które nazywają się po prostu Dumble. Są świetne. Mam również kilka Marshalli Plexi, zmodyfikowanych przez Jose i one również znajdywały zawsze drogę na moje płyty, raz na jakiś czas. Tak więc jestem typem Neandertalczyka pod względem moich wzmacniaczy. Jeżeli chodzi o barwę, wiem to, kiedy jest właściwie i kiedy współgra z piosenką. Ale tak daleko jak sięga związane z tym bogactwo technicznego sprzętu, po prostu chcę móc włączyć wzmacniacz, potem przekręcić gałki i mieszać z tym tak długo aż osiągnę właściwą barwę. Włączam to, podpinam gitarę i wówczas wiem, czy otrzymuję barwę, jakiej oczekiwałem.

Jak różni się twój zestaw sprzętu studyjnego od tego, jaki wykorzystujesz podczas koncertów?
Jako sprzętu na stadiony, mam zwyczaj sięgać po wzmacniacze, które “nieźle czyszczą”, kiedy przekręcam w dół gałki głośności w gitarze. Tak więc teraz na scenie używam kombinacji wzmacniaczy VHT PitbullMarshall. Nowy Marshall posiada piękny czysty kanał. Uważam że ma on cudowną barwę. Uwielbiam używać czegoś, z czego mogę uzyskać “stadko” dźwięków i co będzie w stanie współpracować dobrze z różnymi gitarami, jakich używam na scenie. Istnieją ogromne luki brzmieniowe i luki w głośności pomiędzy różnymi przetwornikami, np., kiedy używam mojego Gibsona Les Paul z ’60 roku w zestawieniu z nowiutkim Stratocasterem. Jest wiele różnorakich rzeczy, którym musisz kompensować.

Jeśli tylko wchodzą efekty, staram się nie używać ich zbyt wiele i zwykle umieszczam je na koniec podczas mojego nagrania. Staram się utrzymać brzmienie tak czyste, jak tylko jest to możliwe. Nie wykorzystuję nawet systemów bezprzewodowych i próbuję używać kabli tak często, jak to możliwe a potem, pod koniec oddziaływać na brzmienie. Na scenie używam „kaczki” VOX, Super Overdrive SD-1 firmy Boss i kilku dodatkowych efektów jak stereofoniczne echo. Jeżeli chodzi o gitary Todd z Custom Shop Fendera zbudował dla mnie kilka sygnowanych modeli Stratocasterów, które są po prostu “zabójcami”. Posiadam również nową sygnowaną serię akustyków firmy Taylor, które są wręcz fenomenalne. Gitara zbudowana jest z drewna koa i posiada Florencki cutaway. Jest po prostu „ogromna”. Czekam również na dwa dwu gryfowe akustyki, które są właśnie robione przez firmę Taylor. Sądzę, że będą one jedynymi w swoim rodzaju na świecie. Jestem strasznie podekscytowany tymi sygnowanymi modelami. To nie tylko cudowny instrument, ale ja po prostu używam ich podczas sesji i nagrywają fenomenalnie. Nagrywają „totalnie”, nawet jeśli używasz kostki czy grasz palcami, I nie ma tutaj mowy o uciekającym “dole”. Zamontowane mają przetworniki Fishman zarówno przy mostku jak i gryfie, co pozwala mi na balansowanie. Jest tam gałka częstotliwości, konturu, basu, wysokich tonów i master volume, „notch filter” oraz kontrolka balansu, aby można było przełączać pomiędzy przetwornikami. Brzmi rewelacyjnie i bardzo akustycznie z obydwu przetworników na raz.

Jakie ustawienie gitar lubisz najbardziej?
Lubię małą walkę, dlatego gram na strunach o grubości .10 i są one ustawione troszeczkę wyżej ponad podstrunnicą. Kiedy gram koncerty wychodzę na scenę i dostaję trochę więcej adrenaliny, dlatego lubię trochę większy naciąg na strunach. Ale kiedy jestem w studio, gram na .009-tkach ponieważ chodzi tu o uzyskanie odrobinę większej finezji. Jeżeli używam alternatywnego strojenia, wtedy idę za akcją i zakładam grubsze struny. Gram kostkami „regular medium”, ale czasami próbuję różnych innych materiałów, żeby uzyskać inny dźwięk, jak np. podwajam swoją nagraną ścieżkę akustyczną poprzez użycie cienkiej kostki, żeby lepiej oddać to całe dzwoniące brzmienie, które rozbrzmiewa dookoła. Jestem naprawdę dobrym dublerem i nagrywam duble identyczne do głównej ścieżki. Bardzo łatwo mi to przychodzi.

Często ćwiczysz?
ćwiczę, ale nie ćwiczę techniki tak bardzo jak np. idąc za samą piosenką, dając się jej ponieść. Kiedy naprawdę ćwiczę, po prostu biorę do ręki instrument, przy którym się nakręcam. Może coś, na czym nie gram za często, jak np. gitarę Dobro i gram palcami. Bardzo dużo gram palcami tak w domu, jak i na płytach. Poza tym dużo więcej niż zwykle gram slidem.

Jakiego rodzaju slide’a używasz?
Używam Acrylików i tak zwanych bottleneck slides. Przy slide’ach metalowych czasami uzyskuję za dużo „uciekających” częstotliwości a nie jestem aż tak dobrym gitarzystą grającym slidem, żebym mógł kontrolować to dłonią. Na “Save The World,” chyba używałem plastikowego slide’a a pod koniec “Mystery Train”, który posiada nutę country, gdzie słychać więcej instrumentów smyczkowych, chyba to był slide “bottleneck”. Wolę bardziej cienkie „butelki” niż te grubsze.

Jaką radę miałbyś dla tych gitarzystów, którzy chcą opracować swój styl i brzmienie?
Sądzę, że najtrudniejszą rzeczą dla każdego zespołu jest wypracowanie swojego własnego stylistycznego głosu. To właśnie zajęło Bon Jovi trzy lata koncertowania I doświadczenia przy tworzeniu dwóch albumów, zanim zorientowaliśmy się kim właściwie jesteśmy. Tak długo zajęło właśnie poznanie, gdzie zamierzamy iść i jak pisanie piosenek dopasowane jest do sytuacji. Poprzez te doświadczenia zespół poznawał się nawzajem, nie tylko od strony personalnej ale i muzycznej. Po tym jesteś zdolny do dopasowanie swojego stylu gry na gitarze do otoczenia.

Ale sądzę, że jeśli mogę dać jakąś radę, to będzie ona tak: pracować naprawdę ciężko nad tworzeniem piosenek, ponieważ jest to fundamentalną sprawą w naszym biznesie. Bez dobrej piosenki, możemy wszyscy być świetnymi muzykami, ale jeśli nie możemy zagrać dobrej piosenki, nikt nie przyjdzie zobaczyć nas jak właściwie gramy, nikt nie kupi naszych płyt i wówczas możemy pożegnać się z karierą. To jest bardzo ważna część, która buduje styl osoby, brzmienie zespołu a szczególnie brzmienie instrumentu. To jest najlepsza rada, jaką mogę dać. Jeśli nie jesteś za dobry w pisaniu piosenek, znajdź dobrego kompozytora i tekściarza, żeby móc się od niego uczyć. I nawet jeśli do tej pory nie jesteś dobry w pisaniu piosenek, komponuj z tak wieloma ludźmi, z iloma możesz, ponieważ zawsze uczysz się czegoś nowego z każdym nowym gościem, z którym zasiadasz.

Sądzisz, że współpraca jest najlepszym rozwiązaniem, aby móc dorosnąć jako muzyk i kompozytor?
Jest pomocną i zdecydowanie dobrą drogą w tym, żeby pomóc się rozwinąć, chyba że jesteś jak Bob Dylan, Bruce Springsteen, Billy Joel, or John Cougar Mellencamp – ludzie, którzy potrafią jedynie siąść i napisać przez siebie z wielką łatwością bardzo płodną piosenkę. Faceci, jak Dylan czy Bruce po prostu chodzą sobie cały czas z płytą w kieszeni. Ci goście są wyjątkiem od reguły. Ale poprzez pisanie z innymi kompozytorami i współpracę z innymi ludźmi, zawsze czegoś się nauczysz.

Kiedy Jon i ja siadamy i piszemy muzykę, mamy styl i jest w tym coś, co dzieje się naturalnie między nami. To po prostu brzmi jak my. Robimy to od prawie 20 lat, więc ma to swoją historię, ale wciąż kontynuujemy ewoluowanie. Sposób w jakim rozwijamy się jako kompozytorzy i producenci ma też odzwierciedlenie poprzez te przerwy, jakie sobie robiliśmy. Robiliśmy przerwy, żeby nagrać własne solowe projekty i mieliśmy różne, indywidualne doświadczenia, więc kiedy wróciliśmy z powrotem do kapeli, mieliśmy nowe, muzyczne i życiowe doświadczenia do omówienia. Tak więc pisanie piosenek rozwinęło się nie tylko muzycznie ale i w formie tekstowej.

Jakiej muzyki słuchasz dla odprężenia oraz inspiracji?
Jestem zapalonym fanem bluesa, ale słucham różnej muzyki. Kocham wszystko od krzykliwych dźwięków jak Charley Patton do Muddy Waters’a do Erica Claptona, do nowych kapel jak Lit, Foo Fighters i Creed. Uwielbiam Black Crowes – są świetnym zespołem. Słucham Franka Sinatry ale i muzyki clasycznej.

Słucham muzyki na bazie bluesa, ponieważ uwielbiam emocjonalny przekaz. To właśnie dodaję do Bon Jovi. Jeżeli słuchasz tego, co gram, tam jest emocjonalny związek z tym, co robię. Sądzę, że pochodzi to od gitarzystów, przy których dorastałem – tacy goście jak Hendrix, Jeff Beck, Jimmy Page – którzy wyraźnie wkładają emocje w swoją grę. To właśnie robię jako gitarzysta.

Kto wpłynął na twoją technikę i styl gry na gitarze akustycznej?
Fundametem były dla mnie głównie płyty Led Zeppelin. Ta akustyczna robotą, którą grał Page była fenomenalna. Jest w New Jersey również gość, którego chodziłem oglądać jako nastolatek, który nazywa się Bruce Foster. Teraz jest on jednym z moich współpracowników w dziedzinie komponowania. Zwykłem patrzeć jak gra w restauracji o nazwie Charlie’s Uncle, we Wschodnim Brunswick’u, a on grał we wszystkich małych barach przy brzegu Jersey. Bruce ja staliśmy się przyjaciółmi, a potem razem pracowaliśmy. Potrafił zagrać wszystkie te partei sam, a jego gitara brzmiała ja orkiestra. Byłem kimś w rodzaju jego ucznia. A potem mogłem grać takie rzeczy również sam.

Kiedy nagraliśmy Slippery When Wet, nie było jeszcze wiele płyt rock and rollowych, z taką ilością gitar akustycznych. Zdecydowanie nie było tego w radio w tym czasie. Fale radiowe zawalone były doszczętnie napędzanymi gitarami elektrycznymi i klawiszami z zespołami takimi, jak A Flock Of Seagulls. Będąc zakochanym w akustycznej gitarze, naprawdę chciałem ponownie wnieść akustyczną gitarę do nowoczesnego rocka w tym czasie – 1986. Dlatego też przyszło “Dead Or Alive”. Piosenki takie jak “Never Say Goodbye” są również napędzane gitarą akustyczną. Potem po prostu trzmałem się tego trendu i sądzę, że udało mi się tego dokonać, ponieważ zaraz po ukazaniu się tej płyty, ludzie znowu zaczęli używać akustycznych gitar.

Słuchanie “Dead Or Alive” zainspirowało mnie do kupienia gitary 12-strunowej i jestem pewna, że nie tylko mnie, ale i innych gitarzystów w ten sam sposób. Zdecydowanie wyniosło to gitarę akustyczną na czołowe miejsce w muzyce rockowej.
Cool! To właśnie dokładnie chciałem osiągnąć. W tamtych czasach miałem tylko 2 swoje brzmienia i jeden wzmacniacz. To mniej więcej było wszystko, co posiadałem. Miałem kilka fajnych akustyków a ten szczególny dźwięk gitary nagrywany był na starej, dużej 12-strunowej gitarze Guild F-50, która była drugą jaką odebrałem bezpośrednio z fabryki Guilda. Miałem kumpla, który znał kogoś z fabryki i byli oni na tyle mili, że pozwilili mi wejść do fabryki i wybrać dwie (sześcio i dwunastostrunową) gitary. Obie były drugimi w fabryce oddanymi do wykończenia w postaci płomieni. Nie zrobiłem dobrze wybierając sześciostrunową, bo nigdy nie nagrywała dobrze. Ale 12-strunówka to po prostu zabójcza. Brzmiała niesamowicie dobrze, mimo, że była odrobinę za twarda do grania. Brzmienie było naprawdę przejrzyste.

Nagrywaliśmy tą piosenkę w Little Mountain Sound w Vancouver. Był to jeden z pokoi z kamienną ścianą I utrzymałem chłodny klimat więc jasne tony były bardzo ścisłe. Gitara była jasno brzmiącym, dobrze dopasowanym instrumentem, tak więc nagrywała fenomenalnie. Ale moje poszukiwanie dążyły do tego, by wnieść akustyczną gitarę do rocka, ponieważ była ona pełna godności dodawały piosenkom spójności.

Wiele naszych piosenek było komponowanych na dwóch akustycznych gitarach i nagrywanych na magnetofon. To jest sposób, w jaki piszemy – bardzo prosto. Więc jeśli potrafimy zaśpiewać piosenkę przy akompaniamencie gitary akustycznej lub pianina i sądzimy, że jest dobrze, wówczas bierzemy ją na płaszczyznę demo.

Zdjęcia sprzętu można znaleźć w dziale Sprzęt podserwisu Richie: Sprzęt

źródło: Vintage Guitar Magazine
Rozmawiała: Lisa Sharken
Przełożył: Majak

Agata Matuszewska

bratnia dusza bonjovi.pl aktywna nieprzerwanie od 2003 roku, redaktorka serwisu od 2005 roku; fotograf z zawodu i zamiłowania; sztucznie ruda na głowie, w sercu ruda naturalnie; miłośniczka muzyki, astronautyki, psów i podróży. zagorzała fanka gier komputerowych i wszystkiego co geek kochać może!

Może Ci się również spodobać...