Raport z VII ŚZFBJ – Lubliniec, 31 grudnia 2005/1 stycznia 2006 (2)

Bon Jovi w Polsce

Na wstępie zastrzegam – z takiej imprezy trudno sporządzić ładny, składny i spełniający wszelkie ogólnie przyjęte wymogi raport. I to bynajmniej nie z racji tego, że od soboty (w momencie rozpoczęcia pisania jest późne niedzielne popołudnie) spałam może pół godziny, czy też z racji szalejących w głowie procentów (bo nie ma co szaleć, bądźmy szczerzy). Po prostu – kto był, ten wie, jak było 😀 Bo że ogólnie świetnie i zabawa stulecia, to było wiadome ;o)

W tym momencie już na początku wielki ukłon w stronę Kasiuni, która kolejny raz gościła nas pod swoim dachem 🙂 🙂 Dla niewtajemniczonych i żądnych szczegółów – opis zabawy, cokolwiek skrócony. Mimo moich wszelkich obaw, tyczących się urodzaju śniegu na Śląsku, wszyscy przewidziani uczestnicy dotarli na czas. Ja tym razem nietypowo pierwsza, i na Ricky’ego wpadłam dopiero przypadkiem po jakichś 10 minutach. Po kolejnych kilku Ricks wypatrzył Lordiego, a zaraz za nim pojawili się Rattie, Beerdrinker i Adrian. Kupiliśmy bilety i udaliśmy się do pobliskiego sklepu – od tego momentu zaczęłam zadawać sobie fundamentalne pytanie: w co ja się właściwie wpakowałam i czy aby na pewno wiem, co robię… Ledwo weszliśmy do Skarbka, Beeru władował się do sklepowego wózka, ale niestety sobie nie pojeździł xP Skwitowałam to tylko charakterystycznym dla siebie gestem (czyli coś w okolicach „strzelam sobie w łeb” xD), który koniec końców powtarzał się dość często… ;o) Niezahartowana jestem, nie ma co xD

Na peronie dobił do nas Sd – w takim oto składzie i jak zwykle w dobrych humorach zajęliśmy miejsca w pociągu do Lublińca. Towarzystwo trafiło nam się… hm… no, niezłe – małżeństwo z małym dzieckiem, natchniony poeta xD i zakonnica. Co w tym niezłego, skoro na pierwszy rzut oka towarzystwo mogłoby nas z przedziału wyprosić? Ano, ma rację Sd, twierdząc że „konsekrowane osoby to są takie *tu charakterystyczny gest*”, gdyż wspomniana zakonnica (chyba jakaś z tych w przebraniu xD) dała się sfotografować w – robiącym zresztą furorę i to całkowicie słusznie xD – kowbojskim kapeluszu Beera, i ogólnie była tak równa, że w/w czynił wszelakie starania, coby ulokować ją w naszym przedziale, jak już wszyscy przenieśliśmy się trochę dalej. Niestety, siostra propozycji nie przyjęła ;o) Szkoda. Ale i tak ubaw mieliśmy niezły, ze składu wytoczyłam się (niczym pingwin 😉 ) z twarzą obolałą od ciągłego śmiania się.

Kasiunia przywitała nas na dworcu, po czym poprzez śniegi (hihi) ruszyliśmy do jej domostwa. Zostawiając po drodze ślady w postaci (między innymi) dużego napisu „Bon Jovi” wydeptanego w śniegu, i mniejszych tytułów albumów, wypisanych tu i ówdzie. Po drodze zahaczyliśmy o sklep, przed którym ja, Ricky i Sd prowadziliśmy tak uczoną konwersację z psem, że biedak aż się wystraszył 😉 Następnie Lordi i Beeru zostali oddelegowani na dworzec, po spóźnioną Rokitkę z siostrą, a my zostaliśmy przez Kasię doprowadzeni do celu. Ledwo dotarliśmy, okazało się, że chłopcy wprawdzie przechwycili dziewczyny, ale pobłądzili gdzieś tam w drodze, i koniec końców sami nie wiedzą, gdzie są. Tak więc gospodyni poleciała szukać „zgub”, znalazła, doprowadziła (co powitałam z nieukrywaną radością). Dotarli również znajomi Kasi – Marta i Łukasz, i impreza zaczęła się na dobre.

I powiem jedno – chwała Bogu, że człowiek i 99 potrafi przyzwyczaić się do wszystkiego, bo inaczej po tej nocy oczy zupełnie wyszłyby mi na wierzch z wrażenia. (Wprawdzie różne inne zwykle ukrywane części ciała innych osobników też oglądały światło dzienne… eee… nocne xD ale mnie przy tym osobiście nie było.) Już pomijam ilość puszek tego i owego, bo w końcu można się było tego spodziewać xD ale widok Sd pijącego z gwinta przywiezioną przez Rokitkę wiśniówkę tudzież winko (nie wiem, nie piłam, zresztą i tak się nie znam, a każda teoria ma swoich zwolenników) to na długo zostanie mi w pamięci. I ja naiwnie myślałam, że uda mi się wytrwać w zamiarze nie wypicia więcej, niż tradycyjnej lampki szampana… xP (Przez grzeczność nie napiszę, kto najmocniej mnie namawiał… xP) W sumie i tak nie wypiłam dużo, bo co sobie piwo otworzyłam, ktoś mi je zwinął. xP Nic zresztą dziwnego, toasty wznoszono często, gęsto i za kogo (co) się dało.

Nah, ale nie myślcie, że nasza uwaga koncentrowała się li i jedynie na procentach ;o) Jak na zlot przystało, było dużo dobrej muzyki. Tym razem nie tylko BJ, ale ogólnie hard rocka, co koniec końców wyszło całej imprezie na dobre. Szkoda tylko, że nikt nie filmował na ten przykład Beeru i Lordiego, udających KISS. Tudzież samego Beeru, który tak się wczuwał w płynące z wieży dźwięki, że myślałam, że za chwilę drzazgi z parkietu zaczną lecieć przez to jego tupanie ;o) W pewnym momencie stół, stojący do tej pory mniej więcej na środku pokoju poszedł w kąt, co było zresztą do przewidzenia, bo jak tu przy takiej muzyce siedzieć? Tak więc zaczęliśmy skakać, jak na prawdziwych hardrockowców ;o) przystało, jedynie Adrian co i rusz próbował nas fotografować, a co mu z tego wyszło, wiedzą ci, który widzieli zdjęcia. W ogóle z Adriana wyszedł paparazzi i od tej pory będę pierwszą przeciwniczką dawania mu aparatu do ręki xP (Ciekawe, czy za to stwierdzenie w/w uszkodzi mnie mocno, czy tylko trochę xP). W każdym bądź razie czas nam wesoło mijał do samej prawieże północy, po czym ktoś (najpewniej Kasiunia, ale nie dam sobie głowy uciąć) rzucił hasło „idziemy do lasu, powrzucać się w zaspy”. Skutkiem czego życzenia rodzicom składałam cokolwiek w biegu 😉

Oczywiście zanim potoczyliśmy się w kierunku lasu, zrobiono kilka grupowych zdjęć. Po czym odłączył się od nas Beeru (co mało kto zauważył), stwierdziwszy, że jest zdecydowanie za zimno, za mokro i ogólnie lepiej siedzieć w ciepłym domu. Zresztą, Rattie chciał pójść w jego ślady, ale… za dużo by było tego buntu na pokładzie xD Zaczęła wyłazić ze mnie wredna małpa i mimo tego, że Szczurek prośbą i groźbą chciał mnie zmusić do zmiany zdania, postawiłam na swoim – do owego lasu dotarliśmy w komplecie. Jednakże ochota na pranie się śniegiem minęła mi definitywnie jak usłyszałam, że tuż obok znajduje się cmentarz, czy tam mogiła, w każdym razie coś mało sympatycznego, koło czego z o 1:00 w nocy wolałabym się nie szwędać. Tak więc pacnęłam w śnieg raz, żeby się nazywało, po czym stwierdziłam, że lepiej będzie jednak posłuchać Łukasza i zwinąć żagle xD Doszliśmy do domu jakieś 10 czy 15 minut wcześniej niż reszta. No, może inaczej – niż następni xD Bo schodziliśmy się chyba dobrą godzinę. A tak w ogóle to ku naszemu przerażeniu zaginął gdzieś Beeru, ale koniec końców odnalazł się na górze, grał z bratem Kasi na gitarze.

Do gitary od początku przymierzał się również Adrian. I prawidłowo, w końcu nie ma to jak śpiewanie z „żywym” akompaniamentem. Na początku wprawdzie szło nam średnio, ale im dalej w las… (…tym większy kryminał, jak by rzekła Chmielewska xP). Towarzystwo zaczęło pokładać się chyba w okolicach czwartej, może trochę wcześniej. Z planów położenia nas „jak Pan Bóg przykazał” nic nie wyszło, więc koniec końców Kasiunia, Adrian, Beeru, Marta i Łukasz spali na górze, Rokitka i Lordi w kuchni, a w pokoju oprócz mnie zostali Ricky, Rattie, Sd i Aga. I śmiem twierdzić, że chyba tu działy się największe wariactwa. ;o) I odkryłam prostą metodę na niespanie – wystarczy kazać się dwóm facetom położyć na jednym tapczanie, kino za darmo pewne. Tym razem było skrzyżowanie komedii z horrorem pt. „Szczur chce spać”. Co nie było takie znowu łatwe, biorąc pod uwagę fakt, że jeden ze współtowarzyszy śpiewał, chrapał, odgrywał teatrzyk cieni, i czegokolwiek tam jeszcze nie wyczyniał; a kolejny (czy też kolejna, bo tak się składa, że była to pisząca te słowa) znalazł upodobanie w zrzucaniu biedaka z łóżka xD Ale koniec końców wszyscy posnęli, choć przedtem jeszcze obrzucali Szczurka przeróżnistymi przedmiotami xD A czemu? Bo chrapał xP Sposób poskutkował i nawet ja, się zdrzemnęłam, choć wolałam tego uniknąć (może nie tyle spania, ile ewentualnego budzenia, co zwykle jest u mnie czynnością karkołomną, a mając w pokoju Sd, Ricky’ego i Ratta, to spodziewałabym się nawet ciśnięcia w zaspę).

Po nocy wszyscy wyglądali jak siódme nieszczęścia, a już najlepszy widok przedstawiał Adrian. Dziwi mnie to szczerze, bo pospał się jako drugi z kolei, a i tak łóżko przyciągało go niczym magnes 😀 Zresztą, on to jeszcze nic – Szczur wyglądał, jakby któryś z pocisków „unieszkodliwił” go już na dobre xD Ale ożył i sam o mały figiel nie ukrzywdził Rokity 😉 (wprawdzie w dobrej wierze, bo chciał się tylko zapytać, czyje ciasto właśnie pochłania, a że trzymał w ręce potężny nóż, to szczegół… xD). Wszystko co dobre jednak się kończy i przy dźwiękach „Who Says You Can’t Go Home” ruszyliśmy na stację i do pociągu wpadliśmy prawieże w ostatniej chwili. Droga powrotna również była wesoła, ale tym razem może szczegółów ujawniać nie będę, bo jeden z członków ekipy już jest na mnie cięty xP

No. I na tym ten elaborat można zakończyć ;o) Do następnego 😀

SPROSTOWANIE, NA ŻYCZENIE LORDIEGO:
„Nie zgubiłem się, po prostu reszta spanikowała i nie zaufała moim zdolnościom przewodniczym, ale jak się okazało miałem oczywiście racje i dobrze ich wyprowadziłem”.
Koniec cytatu ;o)

Autorką raportu jest 99-in-the-shade.

Agata Matuszewska

bratnia dusza bonjovi.pl aktywna nieprzerwanie od 2003 roku, redaktorka serwisu od 2005 roku; fotograf z zawodu i zamiłowania; sztucznie ruda na głowie, w sercu ruda naturalnie; miłośniczka muzyki, astronautyki, psów i podróży. zagorzała fanka gier komputerowych i wszystkiego co geek kochać może!

Może Ci się również spodobać...