Jon Bon Jovi: W przemyśle filmowym jestem basistą

Bon Jovi w Polsce

– Wśród dziennikarzy krąży opinia, że niechętnie opowiada Pan o filmach, w których wystąpił. Czy jest jakiś szczególny powód takiego zachowania?

W zeszłym tygodniu po raz pierwszy postanowiłem wziąć udział w konferencji prasowej poświęconej „U-571”, który jest moim siódmym albo ósmym filmem. Do tej pory zwlekałem z promocją kina.

– Ponieważ łatwiej jest opowiadać o muzyce niż o filmie?

Nie, to nieprawda. Ja chętnie rozmawiam o filmie. Jednak do tej pory nie zdawałem sobie sprawy, że takie działanie jest ważne i potrzebne. To nie była moja działka, robi-łem tylko to, co do mnie należało grałem. Promocją danego filmu zajmowały się odpowiedzialne za niego osoby. Dopiero po zagraniu w filmie Jonathana Mostowa postanowiłem udzielić kilku wywiadów jako aktor. I przyznaję, że sprawiło mi to dużą przyjemność. Niestety, ze względu na profesję, jaką uprawiam, nie mam zbyt dużo czasu na przebywanie przez kilka dni w jednym miejscu i rozmawianie przez wiele godzin z dziennikarzami z całego świata, jak robią to zawodowe gwiazdy filmowe. Jestem muzykiem i codziennie zasypiam w innym hotelu. Podróżuję z miasta do miasta, daję mnóstwo koncertów. Jak widać, istnieją spore różnice pomiędzy akto-rem a gościem grającym w zespole.

– Czy według Pana to jedyne różnice występujące między filmem a muzyką?

Kiedy występuję w filmie, muszę wyrazić myśli i słowa napisane przez zupełnie nieznaną mi osobę. Tworząc muzykę, mam bezpośredni wpływ na to, co robię, piszę teksty, sam komponuję… – Ale przecież może Pan sam napisać dobry scenariusz i wyreżyserować jeszcze lepszy film.

Oczywiście, że mogę. Mógłbym również nauczyć się latać albo konstruować samoloty. Pisać scenariusze (śmiech) to wariacki pomysł.

– Ciekawy punkt widzenia. A teksty, które pisze Pan do utworów wykonywanych przez cały zespół…

To zupełnie coś innego. W branży muzycznej jestem reżyserem, producentem, gwiazdą i menedżerem w jednej osobie. Sam sobie jestem sternikiem i żeglarzem. W przemyśle filmowym swoją rolę mógłbym porównać do postaci basisty. Przychodzę na próbę, odgrywam swoją partię i idę zadowolony do domu. Nic więcej mnie nie obchodzi. Ma to swoje plusy, ale widać także minusy. Prawdziwy zawodowiec powinien w pełni kontrolować swoją pracę. Niezmiernie ważne jest, aby każdy mógł przekazać swoje myśli i odczucia. Jaką mam pewność, że jakiś reżyser zrobi to lepiej niż ja sam?

– Ma Pan trudności z podporządkowaniem się innym ludziom?

Podporządkować się innym ludziom? Ta umiejętność opanowałem całkiem nieźle już jakiś czas temu (śmiech). W trakcie pracy nad filmem „No looking back” zastanawiałem się wspólnie z jego reżyserem Eddem Burnsem, jak zagrać postać, w którą miałem się wcielić. Pamiętam, jak wpadłem na pewien pomysł i mówię: „Hej Ed, posłuchaj, mam taką… bla, bla, bla” i za chwilę: „Co za bzdury opowiadam…’. A on na to: „W tej drugiej kwestii masz zupełną rację!”. Zagrałem oczywiście według jego wskazówek. Kiedy tworzę muzykę, mogę ciągle coś zmieniać, wymyślać nowe aranżacje na bieżąco, podczas koncertów na żywo. I robię to często. Przekazuję dużo dobrych obrazów i opowieści, zupełnie jak Biblia.

– Może Pan rozwinąć tę kwestię…

Biblia jest jak zbiór najlepszych przebojów. Każdy znajdzie tam coś dla siebie. Ale zaznaczam, że są tam tylko najlepsze „kawałki”. Dlaczego jednak nie napisano tam na przykład ani słowa o tym, co robił Jezus między 13 a 30 rokiem swojego życia.Czy umiał się bawić? Takich rzeczy chciałym się dowiedzieć z Biblii, dlaczego pominięto tę część? A gdyby żył w dzisiejszych czasach, to czy odwiedziłby kasyna w Las Vegas? Zastanów się: czy Maria Magdalena myła naczynia po każdym posiłku, a może była straszną bałaganiarą? Ja myślę, że była jak każdy z nas miała swoje zalety, ale nie brakowało jej też wad.

– Pzyznaję, tu mnie Pan zaskoczył. Proszę mi powiedzieć, czy to prawda, że identyfikuje się Pan z Frankiem Sinatrą? Jeśli tak, to dlaczego?

Po pierwsze – był z Jersey, tak jak ja. Po drugie – żył pełnią życia, posiadał wielki muzyczny talent, jeździł na tournee jeszcze w latach 80. Nie marnował czasu, tylko brał od życia to, co najlepsze. A przy tym był niezwykle skromny. Dużo nauczyłem się także od innej nieobecnej już gwiazdy -Elvisa. Byt królem rock and rolla i wybitnym aktorem. Niestety, oprócz dobrych hnów, brał udział w kilku gniotach.

– Pan wybiera role uważnie, starając się unikać słabych obrazów…

Uczę się na błędach moich idoli.

– Co sadzi Pan o kolegach z branży, którzy podobnie jak Jon Bon Jovi próbują swoich sil w dwóch dziedzinach: muzyka i film, i odwrotnie. Keanu Reeves po wystąpieniu w Matrixie wyruszył w trasę zespołem rockowym…

Miałem możliwość zabrania jego kapeli na tournee po Australii, gdzie pojechałem ze swoim zespołem. Dałem mu szansę zaprezentowania muzycznych umiejętności przed odmienną publicznością. Wcześniej nikt inny nie chciał zaryzykować. Podobnie było ze mną, pięć lat temu nie miałem możliwości zagrania w dużej i dobrej produkcji filmowej.

– Zdaję Pan sobie sprawę z faktu, że jedni wolą Pana słuchać, a inni tylko oglądać. Jon Bon Jovi jako muzyk i Jako aktor ma fanów na całym świecie.

Ja sam nie kreuję swojego wizerunku. Tym zajmuje się prasa. Ostatnio ktoś zaczepił mnie na ulicy i powiedział: „Jesteś lepszy na ekranie niż na scenie…”. Pomyślałem sobie: „Chrzań się, mam to gdzieś. Idź i powiedz to Tomowi Cruise’owi. On jest prawdziwą gwiazdą filmową, a nie ja.” (śmiech) Pewien współczesny francuski filozof Michel Houellebecq głosi ciekawą teorię o gwiazdach muzyki rockowej. Nazywa ich faraonami ery nowożytnej. Osobiście zgadzam się z nim w 100 procentach.

– Czy utrzymuje Pan dobre kontakty ze swoimi rodzicami?

Tak, odwiedzam ich, kiedy tylko mam trochę czasu.Jestem im wdzięczny za to, w jaki sposób mnie wychowali. I jeszcze może za swój wygląd. Odziedziczyłem po nich dobre geny. Mam już 38 lat, a ludzie ciągle mnie pytają: „Człowieku, jak udało ci się w wieku 25 lat nagrać już tyle płyt?”. Moi rodzice dali mi niezły prezent.

– A czy Pańskie dzieci są dumne z tego, co robi ich tata?

Myślę, że tak. Nie wiem wprawdzie czy w przyszłości ktoreś z nich zostanie muzykiem albo aktorem, ale według mnie rosną nowe gwiazdy sceny muzycznej i filmowej.

– Podobno jest Pan przedstawicielem klasy robotniczej. Czy dorastanie w takim otoczeniu miało wpływ na wybór drogi życiowej?

Raczej nie. Fakt, że zostałem znanym muzykiem, nie miał nic wspólnego ze środowiskiem, w którym dorastałem. To były moje marzenia. Zawsze chciałem zostać kimś sławnym. Dlatego, kiedy nadeszła okazja, skorzystałem z niej natychmiast. I innym radzę postąpić tak samo. Kiedy macie możliwość spełnienia swoich marzeń i pragnień, nie zastanawiajcie się ani chwili.

Rozmawiał: Scott Orlin dla Cinemy

Agata Matuszewska

bratnia dusza bonjovi.pl aktywna nieprzerwanie od 2003 roku, redaktorka serwisu od 2005 roku; fotograf z zawodu i zamiłowania; sztucznie ruda na głowie, w sercu ruda naturalnie; miłośniczka muzyki, astronautyki, psów i podróży. zagorzała fanka gier komputerowych i wszystkiego co geek kochać może!

Może Ci się również spodobać...