Jon Bon Jovi: Aktorstwo jest dla mnie wyzwaniem

Słoneczny dzień w Beverly Hills, w Los Angeles. Ożywcza bryza wieje od Pacyfiku na taras eleganckiego hotelu L’Escouffier Restaurants. Naprzeciwko mnie siedzi supergwiazdor Jon Bon Jovi (33 lata), który właśnie przerwał trasę promującą jego pierwszy film „Moonlight & Valentino”. Rockman zamawia cappuccino i wodę mineralną. Wiatr rozwiewa włosy Jona, które znowu są nieco krótsze. Ma na sobie dżinsy, koszulę w paski i czarną marynarkę. Jest w świetnym nastroju, naprawdę cieszy się na rozmowę o swojej pierwszej roli. Podczas wywiadu pije jedną szklaneczkę wody za drugą. W sumie trzy butelki „Evian”.

– Niedługo zobaczymy cię po raz pierwszy w nowej dla ciebie roli. Jaką postać grasz w filmie „Moonlight & Valentino”?

Malarza zatrudnionego przy remoncie pewnego domu, w którym mieszka Rebecca (grana przez Elizabeth Perkins). Ta młoda kobieta nie może dojść do siebie po niespodziewanej śmierci swojego męża. Zamiast po prostu malować dom, staję się dla niej osobą szczególną. Inspiruję Rebeccę i jej koleżanki do szczerych rozmów o seksie i przeróżnych fantazjach erotycznych. Staję się pocieszycielem, o którego zabiegają wszystkie trzy panie. Zawsze dobrze się czułem jako rodzynek.

– Twoje plecy najwyraźniej rozbudzają fantazje tych kobiet, ponieważ stale wypowiadają się one entuzjastycznie na ich temat. Widz jednak nie może ich zobaczyć…

To był rzeczywiście problem, nad którym długo dyskutowaliśmy. Ale reżyser, David Anspaugh, nie chciał, żebym się rozbierał. Dlatego nie ma żadnych rozbieranych scen. Musisz poczekać do mojego następnego filmu…

– Jak to? Pokażesz wszystko w następnym filmie? Tylko poczekaj! Film nosi tytuł „The Leading Man”. Gram w nim główną rolę: hollywoodzkiego aktora, który jest diabłem w ludzkiej skórze. Zdobywam pewną zamężną kobietę, a jednocześnie dobieram się do jej córki. To thriller erotyczny, którego akcja rozgrywa się w Londynie. Główną rolę żeńską gra Famke Janssen z ostatniego filmu o Jamsie Bondzie, zatytułowanego „Goldeneye”. Zdjęcia rozpoczęły się w styczniu tego roku. Będzie można obejrzeć mnie całkiem nago, także poniżej pasa!

– Nie przeszkadza ci pozowanie nago przed kamerą?

Nie, zupełnie nie. W końcu widzę codziennie swojego penisa i nie przysparza mi to problemów (śmieje się)!

– A co sądzi twoja żona, Dorothea, na temat takich rozbieranych scen?

Jest cool i na luzie. W ogóle się tym nie przejmuje. Po piętnastu wspólnych latach ma to już za sobą. Zna mnie dobrze i wie, że jestem wierny.

– Czy aktorstwo sprawia ci przyjemność?

Tak. To całkiem inne uczucie niż występowanie w roli frontmana. Przed kamerą nie ponoszę tak wielkiej odpowiedzialności: nic nie muszę pisać, produkować, nie przejmuję się reżyserią, jak np. podczas naszych koncertów. Od tego są inni, którzy dostają za to pieniądze. Muszę tylko pojawić się rano w studiu i czekać, aż przyjdzie moja kolej. A po pracy mogę dać dyla. Nie muszę być jednego dnia w Phoenix, drugiego w San Francisco, a trzeciego w Tokio.

– Brzmi to tak, jakby rola muzyka rockowego nie sprawiała ci już satysfakcji.

Jestem muzykiem ciałem i duszą, ale kiedy przez całe lata wędrujesz z miejsca na miejsca, zaczynasz tęsknić za rodziną, za normalnym planem dnia. Stałem się bardzo rodzinnym człowiekiem. Mam dwoje małych dzieci, które nie zawsze mają ochotę latać po hotelowych pokojach. Chcą widzieć swojego tatusia w domu.

– Jak miewają się twoje dzieci? Znakomicie. Rozwijają się cudownie. Stephanie ma dwa i pół roku, a Jesse James już prawie rok. Kilka miesięcy temu zrobiliśmy sobie urlop w naszym domu w Malibu i przez całe dnie wylegiwaliśmy się na plaży. Tylko reporterom Bravo wolno było nam przeszkodzić (śmieje się).

– Czy chciałbyś mieć więcej dzieci?

Być może za rok, za dwa. Na razie mamy dość zajęć ze Stephanie i Jesse Jamesem. Poza tym ciąża jest okropnie wyczerpująca dla kobiety. Jej organizm musi odpocząć.

– Bon Jovi ciągle jest w trasie. Jakie kraje odwiedziliście ostatnio?

Jesienią występowaliśmy w Ameryce środkowej i Południowej. Mieliśmy nadkomplety w Meksyku, Wenezueli, Brazylii, Argentynie, Kolumbii i Ekwadorze. Potem były cztery dni wolne i polecieliśmy do Nowej Zelandii, gdzie wystąpiliśmy w hali Super Top w Auckland. Stamtąd udaliśmy się do Australii. 12 listopada zagraliśmy w Adelajdzie, po wyścigu formuły pierwszej. To obłęd, musiało tam być ze sto tysięcy ludzi.

– Jakie masz plany na przyszłość?

Mam nadzieję, że w 1996r. nakręcę jakiś film poza „The Leading Man”. Myślę, że dam radę zrobić dwa filmy rocznie. Aktorstwo jest dla mnie wyzwaniem! Nie mam ochoty na takie mamucie trasy koncertowe jak „Keep The Faith” z 250 występami. To po prostu za wiele.

– A co na to twoi koledzy z zespołu?

Kiedy kilka lat temu robiłem ścieżkę dźwiękową do filmu „Młode Strzelby”, było trochę niesnasek. Nie rozumiałem wówczas, dlaczego. Komponowałem muzykę do tego filmu i uważałem, że każdy przez jakiś czas powinien robić to, na co ma ochotę. Nie zauważyłem, że inni byli całkowicie uzależnieni od kapeli. Bon Jovi to było ich życie. Żaden poza mną nie był żonaty. Przez siedem lat nie robiliśmy nic innego, tylko nagrania i trasy koncertowe. Teraz, pięć lat później, każdy ma żonę. Tico, mój perkusista, stał się uznanym malarzem, a w wolnych chwilach także pilotem i szkutnikiem. Richie ożenił się z Heather Locklear i jest bardzo szczęśliwy. A klawiszowiec, David Bryan, został także tatusiem. Jego żona, April, urodziła półtora roku temu dwa słodkie bliźniaki. Każdy ma więc czym wypełnić życie. Im także obrzydły trasy koncertowe z 250 występami.

– Czy wyobrażasz sobie siebie na scenie w wieku 50 lat, tak jak Rolling Stones?

Jeśli robiłbym to wtedy tak dobrze jak Mick i spółka, to tak. Zaczynaliśmy dwa koncerty Stonesów minionego lata w Paryżu. Spędziliśmy nawet wspólnie jeden weekend. Grać razem ze Stonesami, spędzić z nimi prywatnie kilka dni, to było wielkie przeżycie.

– Co jest dla ciebie najważniejsze w twoim dotychczasowym życiu?

Są trzy rzeczy, z których jestem dumny: moje dzieci, pierwszy występ z Bon Jovi na Giants Stadium w New Jersey i mój pierwszy film w Hollywood „Moonlight & Valentino”.

Bravo, 1996

Agata Matuszewska

bratnia dusza bonjovi.pl aktywna nieprzerwanie od 2003 roku, redaktorka serwisu od 2005 roku; fotograf z zawodu i zamiłowania; sztucznie ruda na głowie, w sercu ruda naturalnie; miłośniczka muzyki, astronautyki, psów i podróży. zagorzała fanka gier komputerowych i wszystkiego co geek kochać może!

Może Ci się również spodobać...