Bon Jovi: Fenomen ciągle trwa

Bon Jovi w Polsce

O fenomenie i wielkości Bon Jovi się nie dyskutuje. Ci, którzy kochają zespół skaczą z radości, że 20 września do sklepów trafił dziewiąty longplay kapeli. Ci, którzy zajęli miejsca po drugiej stronie barykady albo zaciskają zęby i ścierają przy tym szkliwo albo w złości wymachują pięścią pod niebiosa.
Mawia się, że to komercja, piosenki dla niezaspokojonych czterdziestolatek, które na widok Jona, mężczyzny o ciele słynnego, acz wyrzeźbionego Dawida, mdleją lub piszczą ekstatycznie. Mówi się, że to piosnki na jedno kopyto, teksty proste, na poziomie 5-tej klasy podstawówki…

Krytyka Bon Jovi jest jednak nieuzasadniona i nie ma racji bytu. Dlaczego? Albowiem takie właśnie jest założenie twórczości tej kapeli! Czwórka muzyków rodem z New Jersey za cel postawiła sobie przede wszystkim dostarczanie szeroko pojętej rozrywki… Heh, puszczam oko do czterdziestolatek! Szczególnie ostatnimi czasy, tj. od wydania w 2000 roku albumu „Crush” Bon Jovi zmienił target. Utwory zespołu zaczęły królować na wszelkich bounce’ach do tego stopnia, że kolejną płytę nazwano nie inaczej jak właśnie „Bounce”. Wcześniej Bon Jovi może nie kojarzył się z buntem, ale zawsze utożsamiany był z łagodnym, acz rockowym graniem. Jego korzenie ewidentnie sięgają tego gatunku muzycznego, choć zawsze był to rock and roll w wersji light. Czy zmiany, jakie zaszły w zespole wyszły mu na dobre? Cóż, wystarczy uświadomić sobie, że za sprawą singla „It’s My Life” krążek „Crush” sprzedał się na świecie w nakładzie 8 milionów egzemplarzy. Jakkolwiek, żadne to osiągnięcie, gdyż płyty „Slippery When Wet” (1986) oraz „New Jersey” (1988) kupione zostały przez 19 milionów słuchaczy w samych tylko Stanach!p”. Tak czy inaczej – kocham ten krążek.

Czasy się zmieniły, gusta się zmieniają – Bon Jovi walczyć musi z poważną konkurencją. Ci faceci radzą sobie jednak znakomicie i wcale nie widać po nich, by jakakolwiek rywalizacja miała dla nich znaczenie. Pieniędzy zarobili już przecież krocie, palcem ruszyć nie muszą by taplać się w luksusie. A jednak tworzą. Nieważne w jaki sposób, nieważne jaką muzykę. Ważne, że ludzie chcą ich słuchać i przychodzą na koncerty. Chwytliwe melodie, łatwo przyswajalne teksty – oni są po prostu uniwersalni. Takie kapele są potrzebne i jak świat światem zawsze będą popularne. Chwała im za to, bo czasami naprawdę przyjemniej posłuchać „Have A Nice Day” niż „I Wish That You Could Hate Me”…

Najnowszy singiel to zarazem tytułowa piosenka ze świeżutkiej produkcji przystojniaków z USA. „Have A Nice Day” jest poprockowym kawałkiem, idealnym na zakończenie lata. Singiel wyprodukowany został przez Jona, Richiego Samborę oraz Johna Shanksa. Płytka zawiera dodatkowo dwa kawałki – „I Get A Rush” oraz „Miss Fourth Of July” plus teledysk nakręcony do singla.

Ostatni krążek zespołu światło dzienne ujrzał w A.D. 2002. Rok później ukazał się wprawdzie album „This Left Feels Right”, jednak była to kompilacja sławniejszych kawałków. Znalazły się tam m.in. dwie romantyczne ballady – znaki rozpoznawcze „Bed Of Roses” oraz „Always”. Jesień 2005 przynosi nowy materiał. Jaki? O tym opowiedzą już sami muzycy.

Jon Bon Jovi: Nastrój tego krążka jest wyraźnie optymistyczny. Te piosenki podnoszą słuchaczy na duchu.

Richie Sambora: Bardzo, bardzo energetyzujący!

Tico Torres: Myślę, że to dość mocny krążek. Ma wiele do przekazania.

RS: Chcieliśmy nagrać iście rock and rollowy album z porządną ostrą nutą gitarową. „Have A Nice Day” jest trochę jakby takim „miłego dnia” w wykonaniu Clinta Eastwooda, czyli „have a nice #$%* day”! Haha!

TT: To dobra, pozytywna piosenka.

David Bryan: Mówi – bądź sobą.

JBJ: Celebruje niezależność i optymizm. To będzie interesująca płyta. Nagrana została całkiem inaczej niż każda poprzednia. Utwory nie zostały zarejestrowane w wersji demo, a to było już naszym wieloletnim zwyczajem.

RS: Jednak w optymistycznych słowach kryje się też dużo realiów z codziennego życia. MH: Nagraliście piosenkę pt.: „Kto powiedział, że nie możesz iść do domu?”. Skąd pomysł?

JBJ: Piosenkę „Who Says You Cant Go Home?” napisałem razem z Richiem. Pewnego razu, chyba na ulicy, ktoś krzyknął „You Can’t Go Home!”, a my w odpowiedzi krzyknęliśmy „Who says” – kto mówi, że nie możesz iść do domu? W naszym mieście mieszkają ludzie, którzy prowadzą zupełnie inny tryb życia niż powszechnie przyjęty. Postanowiliśmy zinterpretować te proste słowa i zrobić z nich coś więcej. Dlaczego mielibyśmy wydać kasę na głupi teledysk? Dlaczego nie zbudujemy domu i nie oddamy go potem tym, którzy go potrzebują?

(W zasadzie dwóch domów dla czterech rodzin! Dochód z teledysku pokryje koszty budowy dwóch domów dla akcji charytatywnej „habitat for humanity”

JBJ: W tej chwili pieniądze są przekazywane tym, którzy będą wiedzieli jak je właściwie zagospodarować. Ten pomysł miał kontynuować filantropię w bardziej odważny, bezpośredni sposób. MH: Zatrudniliście nowego producenta. Jaki jest John Shanks?

RS: Pracowaliśmy z Johnem Shanksem, tym samym, który otrzymał nagrodę Grammy dla producenta roku. John jest gitarzystą i muszę przyznać, że to dość zabawne uczucie wiedzieć, że producentem jest ktoś, kto doskonale gra na gitarze. Myślę, że udało nam się zawrzeć na tej płycie doskonały gitarowy groove.

JBJ: On jest niesamowity. To facet, który sprowadził mnie do parteru. Byliśmy w studio, ja siedziałem w kącie i nie odezwałem się ani słowem. On po prostu mówił strasznie mądre rzeczy, a jego pomysły były zaskakujące!

DB: Najlepsza rzecz, jaką może zrobić producent to nie myśleć tak jak ty. My znamy się doskonale, mamy takie samo podejście do muzyki. Nagle, przychodzi ktoś z zewnątrz, poddaje jakiś pomysł a ty siedzisz z rozdziawioną buzią i mówisz: wow, nigdy bym na to nie wpadł!

TT: Lubię Johna. On jest znakomitym gitarzystą, niewiele jest rzeczy, na których się nie zna, szybko i sprawnie się z nim współpracuje. Praca z nim nie poszła na marne. To była przyjemność, bardzo kreatywna przyjemność.

MH: Jak powstają piosenki Bon Jovi?

RS: Zawsze zaczynamy od tytułu. Dzięki temu wiemy, o czym dana piosenka ma być. Na najnowszej płycie nie ma w zasadzie żadnej ballady miłosnej.

DB: Gdy którykolwiek z nas ma pomysł na piosenkę, najpierw zapisuje ją gdzieś w swoich notatkach. Następnie przedstawia ją zespołowi i wtedy już razem nad nią pracujemy. Gdy zbieramy się, by wspólnie tworzyć dzieje się coś magicznego.

JBJ: Najpierw rejestrujemy utwór razem z automatem perkusyjnym. Pod sam koniec nagrań przychodzi Tico i Huey i dogrywają swoje kwestie. Na najnowszym albumie dogrywanie całości zajęło im półtora dnia!

DB: Zabawnie jest grać ze sobą. I nie mam na myśli tutaj nic negatywnego!

RS: Granie daje mi uczucie wolności i optymizmu.

JBJ: Dla mnie to bardzo proste: twój przekaz jest szczery i jeśli nie okłamujesz siebie i innych zarazem istnieją szanse, że ci się powiedzie.

RS: Za pośrednictwem muzyki chcieliśmy dotrzeć do tej naszej buntowniczej warstwy charakteru.

TT: Kiedy płytę nagrywasz w dobrym nastroju, zespół rozumie się i wspólne granie sprawia ci wiele radości, z reguły krążek okazuje się potem być bardzo dobry.

MH: Bon Jovi gra na scenie od ponad 20 lat. Doskonale widzicie, w jaki sposób zmieniał się rynek i muzyczny biznes…

JBJ: Zawsze mamy do czynienia z fazami muzycznymi. One przychodzą i odchodzą.

RS: Właśnie zatoczyliśmy koło. Sądzę, że powraca punkowa rewolucja. Wracają przy tym dobre piosenki.

JBJ: Spokojnie można powiedzieć, że rock nie umarł. Zespoły takie jak The Killers, Jet czy Louis XIV tworzą naprawdę dobrą pop rockową muzę, której słucham z przyjemnością.

DB: Nie chodzi tylko o to, co jest grane dzisiaj. Piosenki, których słuchamy mają swoje korzenie w przeszłości. To doskonała edukacja dla każdego, kto się tym interesuje.

TT: Pierwszy raz muzyka staje się globalna. Oczywiście za sprawą komputerów. Widownia rośnie w zawrotnym tempie, zdobywa się coraz więcej słuchaczy, obserwuje się zarazem wiele zespołów, z których można czerpać przykład. Kiedyś chodziło się do klubu, teraz klikasz odpowiednią stronę w internecie i w ten sposób poznajesz nowe zespoły.

DB: Cały czas istnieje wiele kapel, których nie potrafię przyporządkować. Czy one grają powerpop, a może punkpop? Np.: nowa płyta Green Day, to będzie chyba „power punk pop”. Tak czy inaczej – kocham ten krążek.

MH: Często gościcie na pierwszych stronach gazet nie tylko muzycznych, ale i plotkarskich. Rodzą się z tego spore nieporozumienia… Możecie niektóre zweryfikować?

DB: Jon ma naprawdę 183 cm wzrostu i potrafi wrzucić piłkę koszykową do kosza. Haha!

RS: Albo kwestia naszych długich włosów. Karierę zaczynaliśmy, gdy nosiliśmy akurat takie fryzury, nie było ta żadne zamierzenie, by stworzyć kapelę o „długowłosej ideologii”.

JBJ: Najgorsze momenty to zawsze te, gdy muszę nagrywać teledysk albo iść na sesję zdjęciową. Marudzę wtedy straszliwie. Już wolałbym mieć wyrywane zęby.

TT: Nie jesteśmy nietykalnymi gwiazdami rocka. Normalne z nas chłopaki. Jeśli ktokolwiek myślał o nas w ten sposób, a mam nadzieję, że nie ma takiej osoby, niech wie, że wszelkie plotki na temat naszego zachowywania się jak „wielkie gwiazdy” są nieprawdziwe.

RS: Jedno nieporozumienie na mój temat: jakobym miał małego ^$#^&& … To jest wielkie nieporozumienie!

MH: Rodzina. Jakiej muzyki słuchają wasze dzieci?

TT: Dzieci uwielbiają muzykę. Gramy im dużo Vivaldiego oraz generalnie, muzyki klasycznej.

JBJ: Moje dzieci nie słuchają muzyki serwowanej przez popowe radiostacje. Znajdują się raczej pod wpływem klasyki lub prawdziwego rocka.

RS: Ava słucha rzeczy typu jaki nagrywa Gwen Stefani. Ona jest wielką fanką Gwen.

MH: Przepis na sukces. Czy Bon Jovi ma swój własny klucz do sukcesu?

JBJ: Myślę, że najważniejsze to zdawać sobie sprawę z tego, kim byliśmy. Nie odcinać się od przeszłości. Bo to, jak było dawniej ma nieunikniony wpływ na to, co się wydarzy.

DB: Nie to, co nosisz, albo czym jeździsz gwarantuje ci sukces.

JBJ: Nie baliśmy się wyzwań, ani ciężkiej pracy. Nigdy też nie kopaliśmy dołków pod innymi zespołami, nie udawaliśmy, że jesteśmy z Hollywood. To jesteśmy my, a to nasza muzyka.

TT: Jesteśmy braćmi, rodziną.

RS: Zawsze byliśmy razem, w momentach sukcesu I porażki. To się nazywa przyjaźń.

DB: Jesteśmy pięcioma dzieciakami z Jersey.

MH: Jon, z czego jesteś najbardziej dumny?

JBJ: Cieszy mnie ogromnie, że prawie ćwierć wieku temu ten zespół mi zaufał. Najbardziej dumny jestem chyba z tego, że mimo tych wszystkich lat nadal gramy i nie nudzimy się swoim towarzystwem. Najbliższa trasa koncertowa nie będzie ani nostalgiczna, ani nie będzie wielkim powrotem. To naturalna kolej rzeczy jaka dzieje się w życiu czterech facetów, którzy dwadzieścia jeden lat temu w coś uwierzyli i wierzą do dziś. Chcemy grać – gramy dla Was!

Czy z Bon Jovi jest jak z winem – im starsze tym lepsze? Przekonać możemy się już dzisiaj pędząc do sklepu i kupując „Have A Nice Day”. A może zespół w końcu odwiedzi któreś z pięknych, polskich miast i na żywo pokaże co potrafi? Nie byłby to najgorszy pomysł…

Opracowanie: na podstawie materiałów Universal

Ewelina Potocka / 13 października 2005
www.onet.pl

Agata Matuszewska

bratnia dusza bonjovi.pl aktywna nieprzerwanie od 2003 roku, redaktorka serwisu od 2005 roku; fotograf z zawodu i zamiłowania; sztucznie ruda na głowie, w sercu ruda naturalnie; miłośniczka muzyki, astronautyki, psów i podróży. zagorzała fanka gier komputerowych i wszystkiego co geek kochać może!

Może Ci się również spodobać...