Wspomnienia z Gdańska – zakończenie konkursu!

Konkurs z okazji rocznicy koncertu w Gdańsku został już zakończony. Dziś możemy już ogłosić zwycięzcę!
Zanim to jednak nastąpi dziękujemy wszystkim osobom, które wysłały do nas swoje zgłoszenia. Wszystkie Wasze wspomnienia są drogocenne i musimy przyznać, że ciężko wśród nich wybierać te najciekawiej ujęte.

Zwycięski tekst urzekł nas niezwykłą szczerością i emocjami. Dlatego też nagroda wędruje do Jimmy Shoes!
GRATULUJEMY!

Zapraszamy również do przeczytania zwycięskiego tekstu:

„Rok? Rok. To cholernie dużo. I cholernie mało, zależy jak na to
spojrzeć. Ten ostatni zleciał mi jak z bicza strzelił.
Jak wspominam 19 czerwca 2013? Ze łzami w oczach. Normalnie się do tego
nie przyznam, bo zgrywam twardą babę z jajami, ale tamtego wieczora na
PGE Arenie ryczałam jak bóbr.
Kiedy piątego listopada 2012 roku ogłoszono koncert, od miesiąca było
ze mną kiepsko. Każdego dnia było gorzej, szukałam ucieczki od
problemów, które mnożyły się z każdą chwilą. Uciekałam więc na
wszelkiego rodzaju niezdrowe, toksyczne wręcz sposoby. 5 listopada
ujrzałam przysłowiowe światełko w tunelu, światełko, które było
jedynym powodem, by przetrwać kolejny dzień. W najcięższych chwilach
włączałam płyty, otwierałam stronę Prestige MJM i powtarzałam sobie,
że nie mogę się poddać, złamać, nie mogę dać się pokonać. Nie
teraz! Gdy czułam, że jestem na granicy wytrzymałości, słyszałam w
głowie Jona powtarzającego „widzimy się 19 czerwca na PGE”. 17 czerwca
odniosłam ostateczną porażkę. Trzasnęłam drzwiami i płakałam przez
dwie godziny, między jednym a drugim szlochem wywrzaskując tekst do Hey
God i bijąc pięściami na oślep. Co zrobiłam później? Rzuciłam
walizkę na środek pokoju, spakowałam swoje rzeczy i pojechałam do
Gdańska na cztery dni. Cztery najpiękniejsze dni mojego życia. Cztery
dni słońca, upału, obcowania z cudownymi ludźmi, cztery dni…
kompletnie innego życia. Przez cztery dni nawet przez sekundę nie
myślałam o swoich problemach, które przecież zostawiłam, które
przecież tam na mnie czekały.
Dziewiętnasty czerwca był dla mnie ratunkiem. Kilka godzin stania (bez
wody, bez jedzenia, w czarnej koszulce, w totalnym skwarze) i patrzenia na
wykrzywioną twarz Bobby’ego B. kaleczącego moje ukochane piosenki –
paradoksalnie to są moje najwspanialsze wspomnienia.
Co mogę napisać o samym koncercie? Że dobra setlista, że forma, że
cośtam? To wszystko jest bez znaczenia. Dla mnie najważniejsze było to,
że byłam tego częścią. Że przetrwałam to, co najgorsze i że może
to już nigdy nie wróci. Że usłyszałam i zobaczyłam na żywo to, co
było dla mnie powodem do wstania z łóżka. Że dwa metry ode mnie
przebiegał człowiek, który uratował mi życie w bardziej lub mniej
metaforycznym sensie. Że na perkusyjnym wejściu „Always” ryknęłam na
cały stadion, a razem z tym cholernym potokiem łez wypłynęły też ze
mnie wszystkie skrywane od wielu długich miesięcy emocje. Że mogłam
pełną piersią krzyczeć LIVIN’ ON A PRAYER i całkowicie wierzyć w te
słowa. Że mogłam poznać tylu ludzi, których pieszczotliwie nazywa się
Jovi Family.
Czy czegoś mi brakowało? Pewnie tak. Pewnie żałowałam, że nie
usłyszałam kilku piosenek. Że nie było tam Ryśka Sambory, albo że nie
zobaczyłam rzeczy, na których mi kiedyś zależało. Ale przecież nie
wybiera się ręki, która ratuje Ci życie…”

Wciąż zachęcamy do dzielenia się swoimi wspomnieniami z pierwszego koncertu Bon Jovi w Polsce, w specjalnym temacie na forum. Link do niego znajdziecie pod newsem.

Sprawdź temat na forum

Agata Matuszewska

bratnia dusza bonjovi.pl aktywna nieprzerwanie od 2003 roku, redaktorka serwisu od 2005 roku; fotograf z zawodu i zamiłowania; sztucznie ruda na głowie, w sercu ruda naturalnie; miłośniczka muzyki, astronautyki, psów i podróży. zagorzała fanka gier komputerowych i wszystkiego co geek kochać może!

Może Ci się również spodobać...