W niedzielę 30 sierpnia zespół Bon Jovi wystąpił przed irlandzką publicznością w ramach Forever Tour, wracając na legendarny dubliński stadion Croke Park dokładnie 20 lat po swoim poprzednim koncercie w tym miejscu. Cóż to był za wieczór!
Zespół przygotował dla dublińskiej publiczności rozbudowany program, zasadniczo pokrywający się z tym zaprezentowanym 2 dni wcześniej w Edynburgu. Wieczór rozpoczęła wykonywana podczas tegorocznej trasy wersja „With a Little Help From My Friends”, czyli klasyka The Beatles spopularyzowana również przez Joe Cockera. Później pojawiły się między innymi „Beautiful Drug”, „We Weren’t Born to Follow”, „Lost Highway”, „You Give Love a Bad Name”, „Born to Be My Baby” i „Legendary”.
W dalszej części koncertu zespół sięgnął po kolejne klasyki. Fani usłyszeli „Whole Lot of Leavin’”, „Bed of Roses”, „In These Arms” oraz „These Days”. Szczególnie interesujący był właśnie ten ostatni utwór – jego wykonanie w Dublinie było dopiero drugą okazją od 2019 roku, by usłyszeć go na żywo.
Druga połowa występu należała już do największych stadionowych przebojów Bon Jovi. „It’s My Life”, „Livin’ on a Prayer”, „Raise Your Hands”, „I’ll Sleep When I’m Dead”, „Hey God” i „Keep the Faith” poprowadziły koncert w stronę finału, który obejmował „I’ll Be There for You”, „Wanted Dead or Alive”, „Bad Medicine” oraz „Always”.
Najważniejszym pytaniem przed koncertem była oczywiście forma wokalna Jona. Po operacji strun głosowych i problemach zdrowotnych podczas lipcowych koncertów w Nowym Jorku, każdy występ jest dla niego kolejnym sprawdzianem. W Dublinie nie było jednak powtórki z dramatycznego wieczoru w Madison Square Garden. Chociaż śpiew Jona nie jest już tak swobodny jak dawniej, a część materiału wymaga od niego większego wysiłku, frontman Bon Jovi poradził sobie z wymagającym programem i z pomocą dziesiątek tysięcy rozśpiewanych fanów dowiózł koncert do końca, z wyraźnym szczęściem w oczach.
Doskonała atmosfera panująca na stadionie udzieliła się i Jonowi – dzięki czemu pozwalał sobie na liczne żarty kierowane do publiczności. „Pada, bo anioły nie mogły dostać biletu na wyprzedany koncert Bon Jovi!” – oznajmił w pewnym momencie, nawiązując do (chwilowego na szczęście) ulewnego deszczu, który akurat przechodził nad Dublinem. Ale nie tylko anioły płakały – wyraźne wzruszenie udzielało się i tym, którym wejściówki na koncert zdołali zdobyć i mogli być świadkami niesamowitego powrotu na scenę jednej z największych ikon rocka.
Jeśli w kontekście dublińskiego koncertu mieć do czegokolwiek zastrzeżenia – to chyba tylko do niewykorzystania potencjału na epickie duety. Jako support wystąpił przecież zespół The Boomtown Rats, którego wokalistą jest Bob Geldof – a jak doskonale wiemy, jego kawałek „I Don’t Like Mondays” był kilkukrotnie wykonywany przez Bon Jovi, wielokrotnie zresztą z udziałem samego Boba. Tym razem fani zgromadzeni na Croke Park musieli jednak zadowolić się jedynie wersją „bez Jona” – mimo że formacja z New Jersey ćwiczyła ten kawałek przed występem w Edynburgu kilka dni temu. Nie skorzystano także z szansy na koncertowy debiut „Walls of Jericho” z udziałem Joego Elliotta, który na zaproszenie Jona był obecny podczas show odbywającego się w jego rodzinnym mieście.
To była jednak tylko niewielka rysa na ogólnie znakomitym obrazie, jaki pozostał w głowach uczestników tego koncertu. Bo ostatecznie nie liczyły się drobne niedosyty ani pytania o to, jakie jeszcze niespodzianki mogły wydarzyć się tego wieczoru. Liczyło się to, że Jon Bon Jovi po trudach ostatnich lat ponownie stanął przed dziesiątkami tysięcy fanów i mógł zejść ze sceny z uśmiechem i poczuciem dobrze wykonanej roboty. Croke Park odwdzięczył mu się zaś tym, co podczas tej trasy jest dla niego bezcenne – potężnym chórem śpiewającym każde kolejne słowo największych przebojów. Po 20 latach od ostatniego występu Bon Jovi na tym stadionie historia zatoczyła koło. I choć głos Jona przypomina dziś o upływającym czasie, tego wieczoru zdecydowanie bardziej niż o ograniczeniach mówił o tym, że niektóre więzi między zespołem a jego publicznością są po prostu nie do zerwania.

0