Przejażdżka – z płytą This House Is Not For Sale

Od ostatniej Przejażdżki minęło trochę czasu. Ta z debiutanckim albumem Bon Jovi w uszach przebiegła pomyślnie, choć była całkowicie spontaniczna. Spontaniczny był odbiór, trasa i spisanie wrażeń. I wydawać by się mogło, że płynne przejście z pierwszej do ostatniej płyty wystarczy, aby odczuć wyraźną różnicę, ale chcę posunąć się o krok dalej. Ze względu na tytuł słuchanego przeze mnie dzisiaj albumu postanowiłem skrupulatnie zaplanować wycieczkę – poczekać na dobrą pogodę, ustalić trasę i dokładnie przeanalizować wszystko, zanim spiszę to „na papier”.

Płyta opowiada bowiem o domu, który nie jest na sprzedaż – dokładnie takim jak mój. Jestem do swojego miejsca zamieszkania przywiązany jak do pobliskiego Lasku Bytkowskiego. Tutejszy grunt składa się głównie z korzeni drzew, zupełnie jak na okładce „This House Is Not For Sale”. Nie bez powodu więc ustaliłem trasę, która nie tylko rozpocznie się pod moim domem, ale również tam się skończy. Może to w jakiś sposób pomoże mi lepiej odebrać ostatnią piosenkę na trackliście, której szczerze nie lubię. Może tak, może nie. Zobaczymy.

Aby zamknąć się odpowiednio w długości albumu, musiałem wybrać miejsce docelowe, do którego dojadę w 25 minut i z którego przyjadę w tym samym czasie. I tutaj moja mała układanka zamyka się w miejscu, do którego miałem już nigdy nie wracać – do mojego byłego zakładu pracy. To właśnie tam po wydaniu pierwszego singla z ostatniej płyty Bon Jovi najczęściej śpiewałem radośnie „I’m coming home!”, w szczególności po piątkowej zmianie. W pamięci mam to, jak potrafiłem prześpiewać tak całą drogę do domu. Ciekawe, czy dziś również będę dawał mały koncert przypadkowym przechodniom.

Pogoda idealna, rower gotowy, możemy ruszać! Pierwsza część trasy aż do skrzyżowania jest z górki, więc przy tytułowym kawałku mogę złapać trochę wiatru we włosach. A jako, że fryzurę mam krótką, na myśl przychodzi mi, że Jon ze swoją czupryną mógłby mieć podczas koncertów taki nawiew na włosy, żeby lepiej wyglądać. Przesadzam? Być może tak, ale jego białe zęby też przesadzały na zdjęciach promocyjnych albumu. Tymczasem House wciąż brzmi dobrze i skutecznie rozpędza mój pojazd, gdy ten potrzebuje już siły moich nóg na spłaszczeniu.

„Living With The Ghost” to już zupełnie inny kaliber. Piosenka, która zdecydowanie potrzebuje słońca za oknem, aby się podobała. Na szczęście to świeci dziś na pełny regulator. Przyśpieszam nieco, aby dojechać na Siemianowicki rynek, gdzie czeka fontanna i bawiące się dzieci. Mniej więcej z tym widokiem kojarzy mi się ta nieco przysłodkawa melodia. Gdybym miał w głowie nagrać teledysk do tego utworu to było by tam dużo fruwającej wody i dobrej zabawy w wielu kolorach. Zaraz, zaraz, już chyba raz wpadłem na pomysł takiego klipu słuchając „Love’s The Only Rule”… Może i dobrze, że ta piosenka dobiega już końca.

Nie, nie! Wcale nie dobrze! No niestety, miesiące mijają, a ja wciąż nie mogę przeboleć tego wstępu do „Knockout”. Jest taki… no nie wiem, po prostu zły. I równie źle słucha mi się tego aż do słynnego „Bum, bum, bum”. Znacznie lepiej jest w trakcie refrenu. Przejeżdżając przez miejski park faktycznie dostaję małego turbodoładowania i całkiem fajnie mi się jedzie. Co jak co, ale trzeba piosence oddać, że w podróży się sprawdza, przynajmniej fragmentami. Jej największą zaletą w dalszym ciągu pozostaje jednak fakt, że jest krótka.

Czwarty utwór i… zmieniam kurs. Pamiętacie tę piękność z teledysku do „Labor Of Love”? Przypomina mi się teraz, że niedaleko parku jest knajpa, a w tej knajpie pracuje najcudowniejsza dziewczyna jaką kiedykolwiek widziałem. Pozwoliłem sobie pomarzyć znów o niej przy tej piosence. Wiele razy chciałem z nią być – bezskutecznie. Ile bym dał, aby móc spędzić z nią choć jeden dzień, jedną noc. Wtulić się w jej piękne ciało, pogłaskać jej długie blond włosy, położyć głowę na jej jędrnych piersiach. Ale nie da się. Gorąca na zewnątrz, lecz zimna w środku… O czym to ja? A tak – „Labor Of Love”, piosenka przy której łatwo się rozmarzyć.

Wracam do realiów. A tak właściwie to zderzam się z rzeczywistością, bo kolejność utworów na płycie jest taka, jaka jest i klimat zmienia nam się diametralnie. „Born Again Tomorrow” towarzyszy mi, gdy jadę Starą Szosą. Połączenie tego miejsca z tym kawałkiem w ogóle mi nie pasuje. Zupełnie jak gdyby ktoś przełączył mi telefon na radio, a tam właśnie grają losowe byle co. Tytuł nie zdaje egzaminu pozytywnie. Jadąc na rowerze, spływa po mnie jak po kaczce. Tekst może i ratuje co nieco sytuację, ale ciężko, gdy jest on podany w takiej formie. Do tej pory to najsłabszy punkt programu.

„Roller Coaster” zdaje się być podobny do swojego poprzednika, utrzymany jest w tym samym stylu i wykonany został z taką samą energią. I choć na co dzień uważam go za utwór słabszy od Born Again, tak dzisiaj nieźle się obronił. Przede wszystkim kompozycją, która nie wyskakuje znienacka riffem i perkusją, a powoli się rozkręca, by w trakcie refrenu wcisnąć gaz do dechy. I taki rytm zdecydowanie bardziej pasuje do kolarstwa. Do tego wszystkiego dojeżdżam do miejsca, w którym raz wyskoczył mi z krzaków dzik i musiałem mocno przyśpieszyć, by przed nim uciec. Gdyby ktoś to wtedy nagrał, mógłby śmiało to wykorzystać w ewentualnym teledysku do „Roller Coastera”.

Chyba mam lekki poślizg czasowy, bo zbliżamy się do półmetka płyty, a ja jeszcze nie dotarłem do celu. Jestem już jednak na tyle blisko, że wspomnienia robią swoje. Kiedyś to miejsce mnie dobijało, dziś mogę spokojnie podjechać tu z uśmiechem na ustach, pokazać dyrekcji język (lub coś innego) i odjechać jak jakiś człowiek sukcesu. Albo zaśpiewać „Hallelujah”, jak zachęca mnie Jon w kolejnej piosence. „New Year’s Day” to kolejny utwór, który w odpowiednich warunkach smakuje znacznie lepiej, niż przy suchym odsłuchu. Zdecydowanie mam ochotę zaśpiewać ten numer każdemu pracującemu w tym okropnym miejscu. Sialalala, ja sobie tu macham rączką na do widzenia, a wy się dalej męczcie. Dla mnie już wybił Nowy Rok i już nigdy więcej nie będę nieudacznikiem. Nawet nie wiem, czy o tym jest ta piosenka, ale teraz już jest.

Okej, czas nagli, trzeba zdążyć do domu przed końcem płyty. „The Devil’s In The Temple” w drodze powrotnej wchodzi jak należy. Ścieżka rowerowa pomiędzy zakładem, a Starą Szosą prowadzi pomiędzy dwoma pasami gęstej roślinności, ale choć z reguły jest to miejsce zacienione, zarówno po lewej, jak i po prawej jest jasno, bo znajdują się tam pola golfowe. Po zmroku jednak trudno znaleźć w moim mieście ciemniejsze miejsce, niż ta ścieżka i chyba właśnie w takich okolicznościach natury piosenka ta spisałaby się jeszcze lepiej. Ma wyjątkowo mroczne brzmienie w porównaniu do całej reszty. Energia do jazdy wróciła na maksa, to istotnie najlepsza pozycja na tej płycie.

I ponownie zwracam uwagę nie na jakość muzyki, a jej kolejność. Podczas regularnego słuchania nie przeszkadzało mi to tak bardzo, ale w trakcie wycieczki dochodzę do wniosku, że można było zrobić to lepiej. „Scars On This Guitar” bowiem znów zwalnia moje tempo, choć trzeba przyznać, że tym razem piosenka trafiła w dobre miejsce na mapie. Ponownie bowiem przejeżdżam przez Starą Szosę i tym razem to jest to, czego mi brakowało za pierwszym razem. Ze spacerową lekkością przejeżdżam przez jedno z najbardziej lubianych przeze mnie miejsc w tym mieście i zamyślam się słuchając jednej z najlepszych kompozycji i przede wszystkim tekstów w repertuarze Bon Jovi.

I znowu, znowu! Znowu kolejność utworów rozbraja mnie po całości. Tym razem nie wytrzymuję napięcia i daję się ponieść, machając ręką na lewo i prawo, śpiewając „God Bless This Mess” jadąc przez park. Znów poruszam się żwawo i zachowuję kompletnie inaczej, niż w trakcie słuchania pozostałych tytułów. Zupełnie jakbym sobie wmówił, że ta piosenka jest najlepsza na świecie, podśpiewuję ją radośnie ku zdziwieniu spacerowiczów. Wciąż mam jednak straty czasowe. Daję więc z siebie wszystko.

Ponownie fontanna i bawiące się dzieci, i ponownie wizja teledysku, taka sama, co poprzednio, choć tym razem idealnie pasująca do „Reunion”. A może taki sam videoklip mogłaby mieć każda piosenka? „Hey God”? Nie, „Hey God” na pewno nie.

Jazda przy „Reunion” byłą jeszcze znośna i dawała nadzieje, że uda mi się pięknie zamknąć tę Przejażdżkę, schodząc z roweru dokładnie tam, gdzie na niego wsiadałem podczas ostatnich sekund albumu „This House Is Not For Sale”. Niestety, gdy tylko rozpoczął się dwunasty numer, niemal od razu odechciało mi się dalszego pedałowania. Zdekoncentrowałem się na tyle, że prawie zapomniałem zahamować przed rondem. Nie mogę, po prostu nie mogę powiedzieć dobrego słowa o „Come On Up To Our House”. Ten tytuł nie zaprowadzi mnie do żadnego domu, w którym chciałbym przebywać. Dlatego zatrzymuję się pod domem mojej byłej i tam słucham go do końca.


Uzupełnienie:

Parę dni po wycieczce rowerowej z „This House Is Not For Sale” w roli głównej, zorientowałem się, że płyta ta doczekała się reedycji, w której nowe utwory umieszczono na początku, a nie na końcu tracklisty. W innym przypadku pewnie bym to olał, ale w takiej sytuacji, chyba należy uznać te dwie piosenki jako część doświadczenia. Postanowiłem więc zrobić aneks do Przejażdżki i w trakcie kolejnego spalania kalorii, posłuchać „When We Were Us” oraz „Walls”.

Miejscem testu był Park Pszczelnik, znajdujący się rzut beretem od większości miejsc, przez które przejeżdżałem ostatnim razem. Niestety, oba utwory spisały się mizernie, bez dostarczania większych emocji. Nie były wprawdzie złe – sprawiały, że jazda była lekka i przyjemna, ale całość raczej rozczarowująca. Prawdopodobnie przez to, że wszystko było wyrwane z kontekstu.

Mogę więc tylko powiedzieć, że „When We Were Us” nadaje się bardziej do luźnego, niedzielnego zygzakowania na hulajnogach z rodzinką, zaś „Walls” może pomóc w pokonaniu stromego podjazdu, nawet w srogim deszczu. Nie sprawdzałem tego, ale odnoszę takie wrażenie.


Epilog:

Przejażdżka jakże inna od poprzedniej. Ze spontanicznego hard rocka wczesnych lat 80. przenieśliśmy się do przemyślanego popu z czasów współczesnych. Dobra pogoda i rewelacyjny nastrój sprawiły, że był to świetnie spędzony czas. Wygląda na to, że czasem wystarczy sobie wmówić, że coś nam się podoba, by zaczęło się podobać.

Nie będzie zaskoczeniem jeśli powiem, że House’owi daleko do perfekcji. Kiedy próbuję sobie przypomnieć dlaczego tak miło wspominam odsłuch niektórych piosenek, takich jak „New Year’s Day”, dochodzę do wniosku, że mają one bardzo dobre momenty, ale całościowo nie utrzymują tak wysokiego poziomu. Podczas jazdy świadomość dopuszcza do siebie tylko to, co fajne i dopiero wtedy zaczyna słuchać całym ciałem. Mózg w jakiś sposób stara się ignorować to, co słabe i skupia się na czymś innym.

Jeśli zaś chodzi o tematy około rowerowe, zdecydowanie polecam słuchanie albumu w ustalonej przez siebie samego kolejności utworów. Z czego najważniejszym jest, aby „This House Is Not For Sale” słuchać nie wyjeżdżając z domu, a do niego wracając. Najlepiej po kilku godzinach harówki.

PS. Napisałem sms-a do blondyny z zapytaniem, czy się ze mną umówi na randkę. Odpisała „LOL”.

Autor: Artur Kinzel

Agata Matuszewska

wieloletnia redaktorka i bratnia dusza bonjovi.pl; fotograf z zawodu i zamiłowania; sztucznie ruda na głowie, w sercu ruda naturalnie; miłośniczka muzyki, astronautyki, psów i podróży. zagorzała graczka gier komputerowych i wszystkiego co geekowskie.

Może Ci się również spodobać...

0

Dodaj komentarz

Kontynuując przeglądanie strony zgadzasz się z naszą polityką prywatności i plików cookies. Dowiedz się więcej...

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close